I
początki tworzenia świata przez ocalałych
nie wyglądały różowo raczej monochromatycznie
trzy tysiące dni od skończenia wojny człowiek
wyrzekł słowo żaba i stanęło się teraz już nikt
nie dojdzie czy rozmiar i kolor zgadzały się z
niedowyobrażeniem stwórców
grunt że podwalinę pod bajkowy świat
ich nowych dzieci właśnie postawiono
żaba obwieszcza że można znów marzyć
ale nikt już tego nie potrafi zrodzone z
zagłodzonej wyobraźni chimery mają blade
okrutne spojrzenia kościejowej armii
adam czyni sobie żabę poddaną
ale czarnooka ewa widzi więcej
II
też by chciała siedzieć na żabie tymczasem
trwa niekończąca się lekcja o przywilejach
po pierwsze nie stać nas na żabę tylko
na fotografię z żabą - ale to nie to samo
po drugie nawet gdyby nas było stać to gdzie byśmy ją postawili - w ogrodzie
ogród nie jest nasz a teraz ustąp bratu
bo jest młodszy
jest bystra nie zapyta czy może dotknąć
zadanie - nauczyć się na pamięć
co wolno biedakom i dziewczynkom
III
jest wszystko co trzeba żeby zrobić zdjęcie
wyczesany lok czyściutki sweterek wciąż
białe porteczki dwie pary butów mniejsza
i większa jak brat z siostrą
plisowana spódnica za duża szelki skrócono
bluzeczka w grochy kołnierzyk z falbanką
kokarda wychyla się zza ramienia
i jest żaba z koślawego raju
nie starcza dla wszystkich
skryty dotyk nieposłusznej ewy
to się musiało tak skończyć
Ta historyczna żaba stała na plantach niedaleko Collegium Novum w latach 50-60 (tu rok 1952-53). Zawsze patrzyła w ul. Wolską (Manifestu Lipcowego, obecnie Piłsudskiego) Wciągnięto ją potem na postument po pomniku Dietla.
pewnego dnia ewa dała marii swoją ukochaną haftowaną bluzkę
bluzka była podarta mimo to ewa nie potrafiła jej wyrzucić
maria uwielbiała tę bluzkę na matce – ewa była w niej bosko doskonała
teraz maria pieści palce dotykiem przezroczystego lnianego batystu
i syci oczy kolorami rumuńskiego haftu
maria przestała odwiedzać pałace i kościoły bo śmierdziały
jej krwią zaczęła rozpoznawać piękny język biedaków wpleciony
w osnowy palcami kobiet wycięty w poczerniałym drewnie wykuty
w ogniu dłońmi mężczyzn
maria wie że ukochana bluzka ewy od pierwszej nici powstawała
w północnych karpatach wciąż pachnie świeżym owczym serem
i miododajną łąką pachnie też ewą zauroczoną swoim kochankiem
który podarował jej tę bluzkę by móc przez batyst
widzieć jej brzoskwiniowe piersi
nie pachnie matką
i marii
stęsknionej
to się podoba
     Niektórzy ludzie stawiają sprawy na ostrzu noża; albo-albo. Słaba propozycja na wspólne życie. Piotr Ludwikowicz stawiał sprawę na kowadle. Z mojego punktu widzenia, sposób równie kiepski jak ten z nożem.
     Z fotografią jest tak, że nie można na niej zarazem być i nie być. Pod tym względem jest jak ostrze noża i kowadło.
     Lato, może 1936 rok, wypłowiałe pojałowickie błonia. Pewnie niedziela, bo kto by pracę przerywał, stroił się, by stanąć do zdjęcia. Józefa i jej najstarsza córka siedzą. Stoi Zosia, Henryk, Helena i Irena. Dziewczyny przejęte, Heniek udaje, że on nie. Józefa ponuro patrzy poza kadr. Na fotografii nie widać jej miłości. Nie zmieściłaby się, mówiły jej dzieci i wnuki. Wierzę im.
     Patrzę tam, gdzie Józefa. Za tymi, których nie ma.
     Najpierw nie ma Piotra-ojca.
     Kowala z kroplą cygańskiej krwi, któremu car otworzył ścieżkę awansu, o jakiej nie śniło się wcześniej nikomu z rodziny. Ślusarz, pracownik carskich kolei. Jeśli miał serce, to musiało mu się spopielić już w dzieciństwie, przy palenisku rozniecanym przez ojca. A może ojciec zmiażdżył je młotem na kowadle. Potem Piotr płakał już tylko ze złości.
     Serce zastąpił luksusem na miarę wsi pod rosyjskim zaborem. Jeśli buty dla córek, to czerwone wiązane trzewiki. Jedna para dla Józefy, druga dla córek. Jeśli korale, to prawdziwe, toczone, duże jak śliwki. Lśniąca lakierem bryczka, konie strojone w nabijane mosiądzem rzędy. Tylko na pokaz. To dlatego nie udało się dziewczynom szkół pokończyć, bo jak tu gnać siedem kilometrów dwa razy dziennie bez butów, jak uczyć się bez zeszytów, bez książek. Latem jeszcze boso dawało radę ale zima trzymała kobiety w chałupie. Tak jak należało.
     Bicie wpisane jest w życie rodziny jak kuranty zegara, który Piotr zakupił, by potwierdzić swój status. Uderzał młot w kowadło, uderzał kij, rzemień, pięść i słowo.
     Henryk, wielki jak dąb kowalski syn, nigdy nie zatrzymał spadającego ciosu.
     Następnego nie ma Piotrka-syna.
     Ojciec postawił sprawę na kowadle; albo będziesz posłuszny mojej woli, albo się wynoś, nie chcę cię znać. Trzy razy z domu uciekał, dwa razy wracał. Drobniutki, wyglądał na dużo młodszego, a jednak to kije się łamały, nie on. Przez ten nikczemny wzrost i mikrą budowę nie chcieli go do wojska przyjąć, ani żadnej poważnej roboty dawać.
     Jak ciężkie musi być życie, skoro nawet ryzyko śmierci wydaje się czymś pożądanym.
     Wychodząc z domu, nie wziął nic, prócz Józefowej miłości i wiary, że się uda. Udało się i to jak, przecież był kowalem.
     Zdążył się tym podzielić ze mną i z moim synem.
     Za trzecim razem komisja wojskowa się ugina, a generał Mond doceniając niebanalność poborowego wybiera go na swojego ordynansa. W oddziale mogliby go zadeptać.
     Piotrek wiedział, jak się obłaskawia los, który, w przeciwieństwie do ojca, bywał szczodry. W przedpokoju własnego mieszkania trzymał zamknięte w szafie duże kowadło. Wyciągał je, gdy trzeba było coś rozgrzać, wygiąć czy wyklepać. Albo wznieść uroczysty toast.
     Ostatniego nie ma kilkumiesięcznego syna Józefy i Piotra.
     Bezimienny, bo nie starczyło łez i sił, by pamiętać. Lśniące czerwone trzewiki stały wyglancowane w sieni, nienoszone toczne korale wisiały przy lustrze, a Józefa robiła, co mogła, by ulżyć małemu w cierpieniu. Z pewnością śpiewała mu, szeptała jego imię, kołysała, piła, gładząc sklejone potem włoski.
     Zachorował, gorączka i boleść go trawiły, matuś prosili ojca, żeby dał na lekarza, opowiadali Zosia i Piotrek. Nie dał, bo grosza marnotrawił nie będzie. Przecie widać, że dziecko zaraz zemrze.
     Pewnie wiedział, że kładzie to maleńkie życie na kowadle. Dzieciak poddał się po dwóch tygodniach. Nie wiem, czy miał mogiłkę. Pogrzeb nieochrzczonego to wyrzucone pieniądze, a takiemu co jeszcze nie nagrzeszył, chrzest przecież niepotrzebny.
     Henryk milczał. Józefa zamilkła.
     Na fotografii bezimienny brat z pewnością stanąłby obok Irenki, najmłodszej, urodził się przecież rok przed nią. Ale ojciec miał już pierworodnego, Henryka. I na zapas drugiego, Piotra, gdyby pierwszemu coś złego się przytrafiło. Trzeci był tylko konkurentem do schedy i niechcianym kosztem. W przeciwieństwie do dziewuch, szkołę powszechną musiałby skończyć.
     Ojciec przyuczył Henryka do zawodu, a na starość oddał mu kuźnię. Opłaciło się synowi posłuszeństwo.
     Dziewczyny wychodząc za mąż dostawały maszyny do szycia. Takim wianem można było się we wsi chwalić. Wtedy ojciec uśmiechał się pod wąsem, a one wychodziły z domu z fachem, maszyną i ulgą. Pięknie szyły i pięknie żyły. Nauczyły się wykuwać swoje własne losy, o czym ich ojciec nie miał pojęcia.
     Piotrek poznaje Wiktorię i wybucha wielka wojenna miłość. Mają nawet ślubne zdjęcie, ale to już inna historia. Tym razem los jest równie nieczuły jak ojciec. Ludziom powinno wystarczyć, że przeżyją, a wojna niedługo się skończy. Piotrek i Wiktoria są razem zbyt krótko, trzydzieści lat. Drugie trzydzieści Piotrek spędzi sam, choć otoczony rodziną, przyjaciółmi i przyjaciółkami. Nikt nie zajmie miejsca Wiktorii. Bardzo za nią tęskni. Ja też.
     Gdy Rzesza podpisuje kapitulację, Piotrek nosi na ramionach smagłą, czarnowłosą i czarnooką córeczkę. Lubi jej śpiewać:
     One cię zawsze przygarniały czule, gdyś był w chorobie, smutku lub potrzebie.
     One zło wszelkie od cię oddalały, aż na żołnierza wychowały ciebie.
     W serdecznej trosce i w codziennej męce
     Matczyne ręce.
     Wkleja do albumu zdjęcie mamy, sióstr i Henryka. Nie ma żadnego zdjęcia ojca. Nie pamięta imienia najmłodszego z braci, więc nadaje mu własne.
     My, potomkowie Józefy i Piotra mamy w domach maszyny do szycia i kowadła. I nie zawahamy się ich użyć. Łączy nas krew w żyłach i na rękach, ogień w palenisku, postawiona na kowadle wódka. I tamta miłość, która nie zmieściła się na fotografii.
(nieczysta)
jestem z tych którzy już mnie nie chcą
bo spłowiałam w chłopskiej bruździe
pod błękitnym okiem ojca i dziadków
on też
rozpacz świętował z muzyką niosło go koleją
piechotą ciężarówką i czym popadło zbierał
innych z drogi grał w karty pił z dziećmi i wnukami
a pozłocone wczoraj wracało karuzelą
ona też
ucieka na łąki pod las na krawędź miasta
i wraca za rękę z czarnookim wie że on odejdzie
nie martwi jej to domyśla się gdzie znaleźć innych
trafia na słuch na czernie brzęczące kolorem
ja też
tańczę w dzikim rytmie biegnę z południowym
wiatrem upojona pieszczę kuminowych chłopców
zasypiam pod ciemną gwiazdą rozczesuję i splatam
kare włosy sióstr rzucam posłuszne kości łypią oczkiem
ty też
w sekrecie opowiadasz mi że śpisz na podłodze
obok pustych królewskich pieleszy że wolisz tobół
od walizki i żywy ogień od pieca gotowa jechać
gdy ktoś zawoła pytasz mnie skąd się to bierze
ano stąd
drapię skórę sprawdzam
od tamtej miłosnej nocy nierówno dzielili
ojcowiznę między synów i córki niektórym przypadł
kolor liźnięty ogniem nam nieoswojone pragnienia
podmuch gorąca krwawe światło żaru ciepła stal
kowadła osmalone trzonki w ich mocnych rękach
ciężar głowni iskry okrzyki śmiech i wreszcie toast
o zmierzchu zgrubiałe palce na strunach dech w
trąbce szmer dzwonków rytm jest zbyt szybki puls
przyspiesza stukają łyżki brzęczą puste talerze a koła
nierówno trzeszczą w koleinach on sam robił do
nich obręcze a może to było wcześniej gdy cała wieś
przyglądała się jego matce i jej kruczym warkoczom
w mroku znów jesteśmy smagli o oczach
brązowych niczym gasnące palenisko
nie nauczyliśmy się pieśni płowych jak zboże
ani milczącego smutku nad grobami
pod skórą żadnego śladu tylko popiół i krew
zmieszana w źrenicy iskra w brzuchu żelazny
odłamek wiatr szarpie nogawki ciągnie za włosy
uderza w drzwi znamy tę melodię
błyszczy cekin księżyca
zostajemy nikt nie woła
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)
w polskim żeńskie imiona niemal zawsze kończą się na a i maria
podejrzewa że wieki temu kobiety nazywano od dopełniacza
męskich imion albo przydawki józefa janina gabriela antonina
maria czuje że to nie w porządku dużo czyta o rosnącej złości kobiet
przekazywanych przez ojców w ręce i nazwiska mężów ale rubryki
płeć
wciąż nie są dla nich istotne maria zastanawia się skąd bierze się
ten lęk przed nieoczywistością i potrzeba twardego dookreślenia
choćby pięścią przecież nie z pomyłek w miłości te zdarzają się
codziennie mimo adnotacji kto jest kim w aktach stanu cywilnego
jej córkę/kobietę zatłukł przecież mąż/mężczyzna
maria podejrzewa że w tym przypadku płeć choć wpisana poprawnie
i w zgodzie z porządkiem świata jednak miała znaczenie
maria nie może zrozumieć dlaczego na całym świecie systemy
społeczne i polityczne mogą się zmieniać niezmienna pozostaje
jedynie rygorystyczna kategoria płci separacja penisów od wagin
nie rozumie dlaczego to takie ważne zaznacz krzyżykiem sex/gender
bez tego podziału trudniej byłoby dyskryminować trzeba by to robić
prosto w twarz w oczy a miłość i tak jest albo jej nie ma
dlaczego maria nie może dać dziecku imienia takiego
jakie mu pasuje
chciałaby żeby córka nazywała się lato
(draft scenariusza)
     Lata ’30 XX w., małopolska wieś, zagroda kowala, Cygana w drugim pokoleniu, ożenionego z kobietą z tej wsi.
     Za wsią – rzeka, za rzeką szkoła.
     Pole, kuźnia, zagroda, inwentarz.
     Śnieżna zima.
     Stary tyran zbiera się już na tamten świat, co niezbyt mu się podoba.
Osoby:
Irenka – najmłodsza córka kowala, lat 10.
Kowal, lat 60
buty
Hynek – pierworodny kowala, 26 lat
Anna – żona kowala, 48 lat
Zosia – średnia córka 17 lat
Kusy
Mucha
     Hynek: Duje, jakby czart się żenił!
     Anna: Gadają, że jak taki wiatr wieje, to wiozą nieboszczyka, co za życia zły był. Obierajże tę marchew, dziecko. Jeden nawet opowiadał, że jak raz takiego wieźli, to się taka hurnawica zerwała, że konie nie chciały iść. Dziś też nieźle duje. W takim wietrze coś siedzi, coś jest. Ale nikt nie wie, co. A gdzie ten nóż, co go przed chwilą w ręce miałam?
     Zofia: Z takim wiatrem to latają złe duchy.
     Anna: Jeszcze ze trzy. I ze dwie cebule posiekaj.
     Zofia: Pamiętacie, jak starej Bartoszce mąż się powiesił? Ludzie widzieli, jak potem przylatywał do niej taki wietrzny wąż. To jej mąż był, ona sama to stwierdzała podobno.
     Anna: Ircia, przesuń sagan, bo wykipi.
     Irenka: A prawda to, że jak w taki kręcący się wiatr wrzucić nóż, to wtedy ukaże się krew?
     Anna: A cóż ty wymyślasz, dziecko?
     Irenka: Mówiła mi o tym Zośka.
     Anna (wymienia z Zosią znaczące spojrzenia): Głupot ci nagadała, a tyś uwierzyła.
     Hynek: Jak się ktoś powiesi, to tak wieje. Za karę, za tę zbrodnię, co się powiesił, ten wiatr ma go wyhuśtać. Musi mocno dyndać.
     Anna: Hynek, bój się boga!
     I dalej proste gadanie: już mi się ta zima sprzykrzyła, Jadźka była wczoraj, pytała o stryja, co żeś powiedziała, a co miałam rzec, że słaby, niedobrze. Zaglądną tu może z wieczora, a tę koszulę Lutka to skończyłaś? Już ze dwa dni będzie, ciotka odebrała. Zapłacili? No, zapłacili, ale ciotka i tak musiała ponarzekać itp., itd.
     Kowal: Irka... Irka! Gdzie ta dziewucha... Zośka!
     Głos Zosi z offu: Irka! Irka, ojciec wołają!
     Hynek: Gdzieżeś była? Gdzie się wałęsasz, jak ojciec wołają?
     Kowal: Mocno trzymaj, nie puszczaj, O Jezusie, nie puszczaj! Trzymaj... trzymaj!
     Kowal: O Jezusie... matko jedyna, nie daj mu, nie puszczaj!
Irenka płacze rozdzierająco.
Z offu: cichnący płacz Irenki.
     Bzyczenie muchy, dziwne, bo przecież zima (w starych wierzeniach – dusza, która uszła z ciała)
Z offu: bzyczenie energicznie latającej muchy – jedno, drugie okrążenie. Nagle cisza.
Z offu: stukot butów? Niemrawe ostatnie bzyknięcie.
Koniec
to się nie wydarzy śnisz
przykryta gwiazdami śnię
srebrny sierp zawiesił się na wierchu upał zapach
rozgrzanej łąki niech będzie że śnię rysuję ścieżki
na wilgotnej skórze spisuję histerię sanskryt
przekładam na moje na nasze śnię
nad karpatami dawno niewidziane gwiazdy ostrze
już wbija się w zbocze skurcz serca nie chcę się obudzić
puls cykad przyspiesza we włosach kłuje kłos
spleciony pajęczyną jezioro trącone podmuchem
fiolet majeranku pod blekotowym parasolem
śnię przed świtem rosa smakuje miodem chcę wyssać
twoje myśli ze śpiącego ciała tylko jedna noc a potem
możesz wyrwać skrzydła po co mi one kiedy ty
z hultajskim uśmiechem spacerujesz po dnie jeziora
i zjadasz lilie wodne
śnisz dziewczyno
nic nie masz niczego nie dostaniesz
nie będzie krynicznej wody zgniecionej trawy
zmiętych prześcieradeł jedwabiu włosów
blednie sierp szkarłatna zorza już zjada
ciepłe odciski palców i wilgoć twojego snu
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)
Łotrzyca, t 1
     [..]
     Stoi nagi na brzegu górskiego jeziora o nieprawdopodobnej głębi. Zieleń przybrzeżnej wody przechodzi w indygo, by w miejscu głębi przybrać niemal czarną barwę. Z otchłani wypływają one; wiły, rusałki, wodne judy. Źródło początku i końca, Vilina Voda. Lovro wie, że miejsce jest święte, pełne prastarej mocy i nie ma tu miejsca na rozkład i przemijanie. Przygląda się, jak czeluść wypuszcza ze swej paszczy maleńkie przecinki srebra. Te, migocząc srebrem jak narybek, synchronicznie igrają z głębią, opadają i wznoszą się ku powierzchni w hipnotycznym tańcu.
     Fascynuje go ta cykliczność.
     Nie jest w stanie pojąć bezkresu. Przeczuwa, że to wrota do innego wymiaru. Wodne panny w milczeniu przepływają nieopodal brzegu, na którym stoi. Przyglądają się swoimi szmaragdowymi oczami niemal pozbawionymi białkówki. Lovro nie potrafi odnaleźć w tym wzroku żadnego znanego mu uczucia, a jednak to spojrzenie wydaje mu się niepokojąco znajome. Jakby świat człowieczy był jedynie wyobrażeniem bez znaczenia, a jego egzystencja zaledwie motylim bytem. Pamięć jednak odmawia współpracy.
     Ludzkie kształty wodnych istot tylko potęgują u niego zmieszanie. Próbuje odgadnąć ich zamiary, zdaje mu się, że czegoś oczekują, nalegają. To raczej wołanie. Stanowcze. Jakby skierowane wprost w jego człowieczą niepewność. Ta presja nie jest mu niemiła.
     Głębia nie ma końca, tu czas traci swoją złowrogą zdolność przemijania, odbierając śmierci jej wszechmoc. Ruch i bezruch w jednym. Powietrze jest zimne. Cienie wielkich drzew okalających jezioro kładą się na drżącej powierzchni.
     Dotyka wody stopą, jest lodowata. Bezczas nie potrzebuje ciepła.
     Jego ludzkie ciało wzdraga się przed zanurzeniem, ale wodne panny wzywają, wabią samą swoją obecnością. Lovro pragnie doświadczyć tego bezczasu. Wchodzi w lodowatą topiel, która wyciąga z niego ciepło.
     Płynie.
     Najpierw ostrożnie, jakby głębia była paszczą, która wessie go w swoje czarne trzewia. Ostatnie smugi ciepła rozpuszczają się w wodzie. Zimno dochodzi do kości, ale Lovro czuje ze zdumieniem, że w żaden sposób nie szkodzi to jego cielesnemu istnieniu. Dotknięcie ekscytacji, ledwo wyczuwalne, za to niewiarygodnie czyste, jak granatowa toń. Lovro przygląda się pływającym pannom, zdają się jednakowe, z jednej matki, żadnego ojca.
     Może rzeczywiście tak jest, tu wszystko zdaje się możliwe.
     Zwinne ciała, kobiece twarze o niepokojąco gładkich, regularnych rysach, przywodzą mu na myśl czujne drapieżne zwierzęta. Są obok, ignorują jego obecność, choć Lovro czuje ich uwagę całym ciałem, całym sobą. Chce przepłynąć nad nieskończoną głębią, choć myśl, że nie będzie w stanie dotknąć dna, jest niepokojąca. Przecież nie raz pływał w morzu, w jeziorze, gdzie do dna było dobre kilka sążni. Nie byłby w stanie tam zanurkować. A jednak głębia głębi nierówna, a raczej jej doznanie. Lovro patrzy w oczy jednej z panien, hipnotycznie duże, przewiercają go na wskroś, do kości. Czuje, jakby zlewał się z tą istotą, stawał się jednością z jeziorem, z kamiennym brzegiem, z drzewami o ciemnych koronach. Chłodne zespolenie pozwala mu wreszcie przepłynąć nad otchłanią. Gdy zbliża się do środka jeziora, nareszcie wie, czym jest nieskończoność. Wypełnia go, jest tak bliska śmierci, jak to tylko możliwe. A równocześnie jest wiecznym trwaniem. Juda przygląda mu się z uwagą, a on chciałby wtopić się w nią, wchłonąć ją, spełnić się w niej. Jego podniecenie mieści w sobie zarówno pożądanie jak i spokój, nie zostaje już miejsca na nic innego. Żadnych wątpliwości. Panna odpływa, nurkuje w głębiny, a Lovro ma uczucie, jakby odrywała się od jego ciała. Śledzi jej poruszenia, nabiera pewności, że niewidoczny szlak, którym płynie juda, to droga do jej świata.
     Myśli o tej podróży i wtedy wraca niepokój. Dotyk źródlanego prądu przywraca uczucie zimna. Budzi go chłód, rzeczywisty, uciążliwy jak pluskwy.
     [...]
(fragm. powieści Łotrzyca, KA 2020)
Pobudka
     [...]
     – Oż kurwa. – Powitanie wybrzmiało wraz z łoskotem drzwi otwartych kopniakiem.
     – Witam panów. – Łotrzyca rozejrzała się i poprawiła chwyt krótkiego miecza. – I żegnam. Klimko, wychodzimy.
     Liczyła na refleks Klimka i zaskoczenie pozostałych. To był plan A. Przeliczyła się, jak zwykle. Chłopak wstawał w ślimaczym tempie, a tymczasem mistrz ceremonii wraz z publicznością zdążyli ochłonąć.
     – Drwisz ze mnie? – Nachylił się w stronę vethenicy, mierząc ją złym okiem. – Nie ruszaj się, kmiotku – warknął do rekruta. Klimko zastygł.
     – Gdzież bym śmiała. Po prostu spieszy mi się.
     – Heh, my za to mamy czasu w nadmiarze, noc jeszcze młoda, co nie, chłopaki?
     Szczeciniasty odwrócił się w stronę kompanii. Chłopaki potwierdziły brzękiem żelaza i ciesielskiej urody komentarzami.
     Zasrani żartownisie.
     – Miło że wpadłaś. – Wyprostował się, znów założył kciuki za pas niebezpiecznie blisko jelca. – Bo trza ci wiedzieć, żeśmy są w potrzebie. Przyszło nam nawet do głowy, że z braku dziewki ten gładyszek nam się nada.
     – Dzban z ciebie.
     – Kto?
     – Ten, kto zawsze czuje się gorszy, wyfrajerowany i źle traktowany, w szczególności przez białogłowy.
     Dziesiętnik nigdy tak o sobie nie myślał. Fakt, niewiasty nigdy nie piszczały z radości na jego widok, ale od czego jest wojaczka, apanaże, a w ostateczności brzęcząca moneta, o argumencie siły nawet nie pamiętał. Owszem, był źle traktowany, bo przecież zasługiwał na więcej. A skoro zasługiwał, to tam gdzie była okazja, sam sięgał i reszcie wara od tego. Jednak dopiekło mu to, że szydziła z niego baba. Szydziła publicznie. Szydziła, a on nie mógł jej honorowo odpłacić, bo diablica nie miała żadnej honorowej zdolności. W dodatku jego riposty nie robiły na niej żadnego wrażenia. Za to ona robiła z niego durnia. I nie wiedzieć czemu, jej obraza piekła żywym ogniem.
     – Znieważyłaś mnie dwukrotnie.
     – I dwa razy powinno wystarczyć.
     Błagam, nie rób sceny.
     Zrobił. Zamłynkował przed nosem vethenicy wcale ostrym żelazem, splunął, nie trafił. Plwocina siadła smętnie na rękawie jej koszuli.
     – Nie machaj tak, bo mnie rozpraszasz.
     Uderzył tak, jak się tego spodziewała. W jego mniemaniu sprytnie, pługiem z lewej strony. Odbiła płazem i uskoczyła. Jej towarzysze zbyt szybko stracili poczucie rzeczywistości. Ruszyli z kijami i nożami na zaprawionych w burdach i bojach zabijaków. I się zaczęło.
     Okładali się na zmianę w stylu, który można nazwać ja-w-ciebie-ty-we-mnie-ja-kurwa-w-ciebie. Grym był naprawdę dobry, choć pod mieczem barczystego i zaskakująco gładkolicego chorążego z drąga leciały drzazgi. Wykorzystał okazję i wściekłym zamachem wytrącił przystojniakowi miecz z ręki, stal z brzękiem uderzyła w ścianę. Powtórzył cios, powalając przeciwnika.
     – Grym, nie daj się ponieść destrukcyjnym możliwościom narzędzia.
     Albo od ciosu stracił słuch, albo autorytet vethenicy nie był tak duży, jak sobie wyobrażała. A może pozazdrościł tamtemu urodzenia, stanowiska i urody, Drąg spadał z morderczo regularną zaciekłością, aż któryś kumpli dziesiętnika wycofując się, wpadł na Gryma. Zakotłowało się, klepisko nasiąkało krwią. Ivko i Grabek pracowicie wiązali tych, którzy zostali rzuceni na ziemię. Robili to nad wyraz sprawnie, widać, że praca na gospodarce, w szczególności pętanie świniaków i bydła, nie jest im obca. Ketri tymczasem zdążyła zaliczyć od szczeciniastego dziesiętnika prawy szczękowy. Stasz, widząc że ją mroczy, odwinął się i strzelił drągiem na oślep. Trafił. Co prawda w bark, lecz wystarczyło. Dziesiętnik stracił impet, a vethenica odzyskała jasność widzenia. Pchnęła z przyklęku. Ostrze miękko weszło w pachwinę, spieniona czerwień zalśniła na przeszywanych spodniach, wypełniła cholewkę trzewika. Klimko spłynął na klepisko, obok kilku innych nieszczęśników.
     Lamus budowali rzemieślnicy a nie partacze. Grube murowane ściany znakomicie stłumiły wrzaski i hałasy. Na zewnątrz tylko psy poszczekiwały, ale tak jakoś bez przekonania. Do czasu, aż jeden z niedobitych kaprali postanowił opuścić plac boju. Wtedy Ketri zaczęło się spieszyć. Podczas gdy Grym cucił Klimka, Hynek próbował przywrócić do życia niebieskookiego Ivka. Z marnym skutkiem. Ruszyła za zbiegiem. Drugi kapral, mimo iż był tak poobijany, że nie było za bardzo widać, z której strony ma twarz, spróbował bez większego przekonania stanąć jej na drodze. Vethenica była już zmęczona.
     – Mówiłam, że się spieszymy. – Postąpiła w jego stronę złowrogo miękkim krokiem. – Twoi kamraci widocznie nie słuchali zbyt uważnie.
     – To żegnam – wybąkał, usuwając się z drogi.
     – Niech rdza będzie z wami, zakute łby – wysepleniła, splunąwszy krwią na odchodnym.
     Nikt nie raczył odpowiedzieć na pożegnanie.
     [...]
(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022)
idźcie
amen
a teraz wystrugamy święte proce i
będziemy strzelać wasz bóg rozpozna swoich
będziemy strzelać z dystansu tym co posialiście
co nam wpadnie w ręce wpadnie do głowy
kaliber wielkich wartości
logos powtarzany wykrzyczany tysiąc razy
nie stał się rzeczywistością więc zamieniliście
go w kamień wyżłobiony słowem równie
martwy jak te celowane w kobiece głowy
amatorzy cudzej męki pieścimy suchymi
oczami żeby dobrze widzieć
cel
wal
a bodajbyście polecieli z czarnymi krukami
czeka na was zbocze z widokiem żeby
nie nudziło wam się przez wieczność
powiadam bierzmy i strzelajmy wszystkie
nie potrzebujemy wskrzeszenia umarłych
w nas
słowo staje się ciałem
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)
Łotrzyca, t. 3
     [...]
     – To co, opowiesz, jak było? Może zaczniemy od końca, kogo chciałeś w tym dołku zakopać?
     – Pavlo – wystękał. – Pavlo Behner.
     – Kim był Pavlo Behner? – zachęciła.
     – To mój druh.
     – Musieliście się naprawdę bardzo lubić, skoro go zatłukłeś.
     – Nie zatłukłem.
     – Nie żyje.
     Nie odpowiedział.
     – Ulżyj sobie – Zoria znów szturchnęła go butem. – powiedz chociaż, że to był wypadek, nie chciałeś, nie wiesz, jak do tego doszło.
     – Nie chciałem...
     – Siadaj – Zoria przeszła na drugą stronę dołu. Zawiesiła ciężki wzrok na wystających z chaszczy butach. – Niełatwo za jednym zamachem wysłać na tamten świat konia z jeźdźcem.
     Slavko pozbierał się powoli. Siadł, gdzie upadł, spróbował wytrzeć o spodnie ubrudzone krwią i ziemią ręce. Nie poszło mu najlepiej.
     – Trochę sobie nagrabiliśmy w gospodzie – mruknął – i poszliśmy w galop.
     – Kupa śmiechu, nie? Im większa chryja, tym lepsza zabawa.
     Pokiwał smętnie głową.
     – Ty mnie masz za durną, Slavko – powiedziała słodko, jakby wąchała kwiatki. Slavko zmartwiał. Nie pamiętał, by się tej piekielnicy przedstawiał. – Już raz się pomyliłeś, co pięknie widać na twojej gębie. Więc zacznij myśleć. Zabójstwo herbowego to nie to samo, co zatłuc byle chłopa.
     – Nie zabiłem go.
     – Farmazony – stwierdziła krótko. – A dokładniej, to chciałeś zakopać ciało kumpla i paliłeś końskie ścierwo, żeby zatrzeć ślady.
     – Kłamstwo! – zapiał.
     – Wrzuciłeś też do ogniska naostrzone pale, na które nadział się kumpel. A to akurat było dobre. Swoją drogą to one nie wkopały się tam same, musiałeś przygotować je wcześniej.
     – Nic podobnego!
     – I tak jesteś kretynem. Pułapkę zmajstrowałeś, ale zapomniałeś o łopacie. Tak to jest, gdy się ma lewe rączki do pracy w polu.
     Młody wył. Ze złości, z bezsilności i z rozpaczy, jak zdołała się domyślić Zoria.
     – Mamy czas – Zoria rozsiadła się przy ogniu, udając, że wcale nie robi na niej wrażenia odór. Szturchnęła kijem spaloną końską kość. – Chętnie posłucham.
     Skończył wreszcie wyć, rozkaszlał się i wykrztusił:
     – To wszystko wina Olesi.
     To było do przewidzenia. Zawsze, wszędzie i wszystkiemu winna jest jakaś ona.
     Pavlo był mu jak brat, zawsze razem, w harcach, w nauce i w droczeniu też. Gdy zaczęli dorastać, Slavko czuł, że przestaje za przyjacielem nadążać, ten coraz częściej był lepszy. Jakby nad nim chmury zawsze się rozstępowały, odsłaniając niebo, a nad Slavkiem przekornie gromadziły. Zwinniejszy w szermierce, szybszy w wyścigach, gładszy w gadce. Tyle jego, że Pavlo miał pryszcze, a Slavko liczko jak nie przymierzając gładziutki kleryk.
     Po ojcu pewnie. Bo kapłani pośledniej krwi brzydcy byli jak nieszczęście.
     Te pryszcze nie przeszkodziły Olesi w przychylnym zerkaniu na Pavla. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie gorący afekt, który żywił do niej Slavko, potwierdzony zrękowinami.
     – Olesia mieszka we dworze, dwa stajania od folwarku, jesteśmy spokrewnieni z Radvilami po kądzieli.
     Zoria westchnęła w duchu. W wygnajewskim księstwie cała pieprzona herbowa warstwa była jednej krwi i po jednych pieniądzach. Liczyła garść rodów zaledwie, ale trzymała w szachu samego Krkovica, nie mówiąc o rzeszach wyrobników, na których pasła się jak wesz. Czasem głowy buntowały się przeciw wszom, jak choćby zeszłego lata na krkovskim Zarzeczu, co wcale wszy nie wytępiło. Aczkolwiek ogolenie do łysa było jakąś metodą.
     – I co ci takiego ta dziewczyna zrobiła, że jest winna tej śmierci? Ujmę na honorze?
     – No niby nic, ale Pavlo...
     – Co Pavlo? – Zrobiła się nagle czujna.
     – Jeździł tam, naprzykrzał się.
     – Wielka mi rzecz, jeździł. Miał ciebie o zgodę pytać? – Zoria nie liczyła na odpowiedź. – I wyszło coś z tego jeżdżenia?
     – Nie przystoi.
     – I kurwa tyle? A ja myślałam, że ta twoja Olesia zrękowiny zerwała.
     – Nie, gdzieżby!
     Slavko nie miał pojęcia, że amicus od serca zaiwanił wianek jego narzeczonej. Pięknie. Pavlo smolił cholewki, a Olesię powiesili. Choć w sumie to jednak Pavlo leży w krzakach i śmierdzi. Pierwszy powód zwykle nie jest tym właściwym, zaledwie rzecz uzasadnia.
     Zoria powiedziała, że mu nie wierzy, nic a nic. Zapałał świętym oburzeniem, co utwierdziło ją w przekonaniu, że kłamał. Wtedy mu oświadczyła, że nie wrócą do majątku, dopóki Slavko nie powie, o co naprawdę poszło. Mało nie rozpłakał się ze złości. Nawet nie dlatego, że go cisnęła, tylko o tę szablę, że mu ją wzięła. Że nie mógł tej zarazy po prostu zasiec i wrzucić do dołu. Wkurwiała go po całości, a on nie mógł, naprawdę nie mógł nic z tym zrobić. Poprzysiągł jej w duchu krwawą zemstę, a potem się przyznał.
     No proszę, złoci chłopcy razem spędzali próżny czas na drakach, razem rżnęli w karty. Do czasu.
     – Karta mi nie szła.
     – Trzeba było właściwie odczytać znaki od losu i wracać do domu.
     Żachnął się. Przecież straciłby twarz, braliby go za jakiegoś cieniasa.
     – Ile?
     – Co ile?
     – Skoro ci karta nie szła – Zoria nachyliła się, jakby chciała lepiej słyszeć odpowiedź – to ile pożyczyłeś, żeby się nie dowiedzieli, jakim jesteś kretynem?
     – Więcej niż sześćset groszy szerokich – kwota nie chciała mu przejść przez gardło.
     – Ile to jest na wasze?
     – Będzie z trzynaście grzywien krkovskich, wieś można kupić.
     – Z chłopami, czy bez? – Spytała.
     – No jak bez chłopów, to żadna wieś. Tylko z chłopami.
     Jasne. Rzecz nie w ziemi, nie w chałupach, tłoczniach, żarnach czy młynach, tylko w robocie. Żeby było kim orać i tłuc kamienie.
     – W domu się pochwaliłeś?
     Zmilczał. Znała odpowiedź.
     – Trzeba było mu ten dług odrobić.
     Spojrzał na nią, jakby z byka spadła.
     – Jak niby odrobić?
     – Nie wiem, iść do młyna worki nosić. Albo śrutować słód, wyciskać olej, filcować sukno. Pędzenia gorzały nie polecam, a na kowalskiego czeladnika jesteś zbyt dużym niedorajdą.
     – Kiedy herbowi nie pracują – odrzekł z przekonaniem. Do niedorajdy się nie odniósł, może wziął to za komplement.
     – Nie myślałeś, żeby z waszych chłopów i czeladzi więcej wycisnąć?
     – Karbowy zaraz doniósłby ojcu.
     – Wszyscy przeciwko tobie.
     Posłał jej mordercze spojrzenie. Zaśmiała się pod nosem.
     – Ciekawe, skąd młody Behner miał gotówkę.
     – Nie wiem, nie pytałem.
     – Czyżby jednak senior parał się handlem w mieście?
     – Zboże i drewno spławia, sukno, płótna i skóry chyba musi gdzieś sprzedawać. Zeszłej jesieni z tuzin wołów pognali na północ.
     – Do kiedy miałeś dług spłacić?
     – Na zimowy Spas.
     – Zapobiegliwy jesteś, miałeś jeszcze z miesiąc.
     – I niby skąd bym to wziął? – Wrzasnął.
     – Ale jak jego pieniądze brałeś, to już taka myśl ci do głowy nie przyszła – zauważyła Zoria. – A teraz tak gadasz, jakbyś musiał swoje oddawać.
     – A nie jest tak?!
     – Ty jednak strasznie głupi jesteś. Powinieneś iść w ślady ojca i kościołowi służyć, im pieniądz na drzewach rośnie. Sprzedają towar, którego nikt na oczy nie widział, a każą sobie płacić słono, w mig byś dług zwrócił.
     – Nie waż się tak o moim ojcu mówić!
     – Daj se siana, mogę gadać, co chcę, nic mi nie zrobisz – powiedziała zmęczonym głosem. – Miałeś przewalone, więc postanowiłeś pozbyć się obu problemów na raz; rywala i wierzyciela.
     [...]
(fragm. powieści Łotrzyca)
Czerwony Las
     [...]
     Bywały takie miesiące, że wilki przynosiły z Sierocej Polany więcej niż jedno nieszczęsne maleństwo. Szczęściem zdarzało się, że i przez pół roku izba stała pusta. Jagódki były podobne do Kwacza i beznosej córki sąsiadki. Czasem miały płaskie twarze, niewidzące oczy, wystające zepsute zęby. Były takie, które miały za dużo palców, zaś ręce i nogi innych nigdy należycie nie wyrosły, pozostając miękkimi kikutami. Niektóre Jagódki miały suchą popękaną skórę, inne tonęły we własnej ślinie i łzach. Wszystkie cherlawe i blade, a spod ich cienkiej skóry przebijała niebieska siateczka żył.
     To dla nich Thanaja szykowała swoje driakwie.
     Doprawiała do smaku miodem albo sokiem z leśnych malin. Jagódki czekały na tę chwilę, bo niosła im ulgę i zapomnienie. Czasem Thanaja przyglądała się dłużej którejś Poziomce czy Malince, jakby chciała się upewnić, że prócz ulgi i zapomnienia, niczego więcej nie wyczyta z ruchu warg lub uścisku rąk.
     – Janosku, zmieniłeś posłania naszym Jagódkom? – Pytała rankiem starucha.
     – Zmieniłem.
     – Janosku, zamiotłeś obie izby i kuchnię?
     – Tak, Thanaju. W piecu też napalone.
     – Trzeba nakarmić wilki. Zajmiesz się tym, Janosku. Mirketo, umyłaś nasze Malinki?
     – Tak, Thanaju, umyłam.
     – Dzisiaj razem nakarmimy Poziomki. – Wiedźma postawiła moździerz na stole. – Przyszedł już Czas.
     Dziewczynka szybko nauczyła się rozpoznawać czas, o którym mówiła stara. Czas, który miał ciężar i przyspieszał, gdy brzydka jak noc Thanaja zamykała się w maleńkiej izdebce za czarną kuchnią, preparowała miksturę, która pozwalała bezboleśnie przejść na drugą stronę. Kiedy ten Czas nadchodził, Mirketa ostatni raz myła i karmiła Poziomkę, a Janos ostrzył łopatę.
     Kobieta zmieszała starty korzeń szczwołu z pokrzykiem. Zawahała się przy ciemiężycy. Zmierzch gęstniał w godzinie między psem a wilkiem. Po obejściu po raz ostatni tego dnia przemaszerował czarny kogut z krwawoczerwonym grzebieniem nastroszonym jak ściągnięta brew. Żaden z wilków nie zaszczycił ptaka nawet spojrzeniem. Za to wrony miały używanie, dopóki kogut nie pokazał jednej i drugiej, że nie zwykł tolerować zaczepek.
     Zahukał puszczyk.
     Za pierwszym razem zgroza odjęła Mirkecie mowę. Dwa dni ją trzymało. Przysięgła sobie w duchu, że już nigdy, nigdy więcej nie odezwie się do Thanai. Prędzej ją jadami, co to je wiedźma w tajemnicy warzy, otruje. A potem przyszło otrzeźwienie. I ledwo słyszalne słowa staruchy. Dziewczynka przez wiele wieczorów słuchała opowieści o Jagódkach.
     Usłyszała też historię o niej i Janosku. Chciała bić bez opamiętania, najpierw staruchę, za jej okrutne słowa, potem siebie za wyobrażone winy, na koniec ojca i całą rodzinną wieś.
     – Problemy wyprowadza się do lasu i przywiązuje do drzewa. – Thanaja ujęła zaciśniętą w kamień piąstkę dziewczynki. Gładziła suchymi, gruzłowatymi palcami, aż napięcie zelżało. Mirketa nie potrafiła dłużej wstrzymywać łez. – Większość odnajdują moje wilki. Ale pod trawą Sierocej Polany ziemia jest biała od dziecięcych kości. Niektórzy mają szczęście, że są jedynie porzucani. Inni mają szczęście, że postronki są ciasne i wysoko zawieszone. Ten, kto je wiązał, znał się na rzeczy.
     Mirketa czekała na słowo pocieszenia. Nie doczekała się. Thanaja nie powiedziała, że rodzeństwo miało szczęście. Gładziła dłoń dziewczynki, jakby chciała zetrzeć z niej gorycz i wściekłość.
     [...]
(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022, oraz Wiedźmy, Fabryka Słów, 2023)
kiedy maria zaszła w ciążę wierzyła że jakoś to będzie
bardziej bała się aborcji niż dziecka na całe życie
jednak im bliżej było do rozwiązania tym bardziej chciała
wszystko odwołać to było marzenie niemożliwe
podobnie jak jej płeć i starszy brat
do dziś wraca do niej tamten potworny ból podłe
komentarze rzeźnicze chlaśnięcia i szycie ran bez znieczulenia
tamtej nocy była na wojnie i stoczyła bitwę o życie ich obu
blizny po cięciach czuła piętnaście lat czuł je też jej kochanek
były jak nagłe zgaszenie światła atomowy guzik unicestwiający
jej rozkosz przez kolejne dziewięć miesięcy rany wewnątrz ciała
wypluwały skrzepy wielkości wątroby milczeniem próbowała
zmusić je do nieistnienia nie chciała tego dla swojej córki
postanowiła zofię urodzić jeszcze raz
chemiczny sen rozlał się płytko pod skórą słyszała każde
słowo chirurga i anestezjologa ich przaśne dowcipy i komentarze
bezpiecznie wydobyto z niej dziecko ojciec pierwszy wziął je na ręce
sznureczek blizny na linii włosów łonowych zaledwie swędzi
za pierwszym razem położnik olał robotę a maria straciła
szansę na pełne życie w zamian za życie matki zofia zyskała swoje
i milknie gdy maria o tym napomknie lekarz w nagrodę dostał
program w telewizji pierwszy krzyk
gdy maria widziała na ekranie jego twarz i ręce
nie potrafiła wydobyć słowa umierała z bólu i strachu
dlatego zrezygnowała z telewizora
(ze zbioru córka ewy, siostra kaina)
     [...]
     Vanja siadła przy zwalonym świerku. Musiała przysnąć, zmęczona wędrówką. Śniła o jarmarku, na który pojechali wozem zaprzężonym w dwa konie. Końskie rzędy lśniły miedzianymi kółkami, huśtały się czerwone harcapy i buńczuk ze złotą nicią. Wiatr tarmosił grzywy, podzwaniały dzwonki.
     Tamtego dnia Ambroz dał jej czerwońca, pozwolił kupić, cokolwiek jej się spodoba. Psuło jej radość, że to on zezwolił. On ocenił, czy dobrze wygląda, i towarzyszył jej na targu, nie odstępując ani na krok. On wiedział, kiedy i z czego powinna się cieszyć. On zdecydował, ile może wydać. I zdecyduje też o nadchodzącej nocy.
     We śnie też pojechała na jarmark z Ambrozem. Szedł za nią, pozbawiony prawa głosu jakby marzenia senne nie wystarczały na jego ożywienie. Miała na sobie batystową bluzkę z haftem, w której Ambroz nie pozwalał jej wychodzić. Tak jakby cudze spojrzenia mogły ją z czegoś okraść. Oglądała kupony sukna, barwne płótna, miękkie aksamity, czarne jak wzrok złotorogiego jelenia jedwabie. Zanurzała palce w puzderka z cekinami. Rozwijała wstążki i grubo tkane krajki. Nareszcie zatrzymała się przed kramem, gdzie stali sami mężczyźni. Ich lepkie spojrzenia wdzierały się pod cienki batyst, dotykały piersi.
     Na tym straganie kupiła sobie nóż. Za całe dwa złote. Nie żadne korale czy wstążki. Spory nóż z kościaną rękojeścią i cienkim czubkiem. Podnieciło ją zimne ostrze i myśl, że tkwi w niej materiał na awanturnicę, nie na żonę.
Zagwizdała wilga. Jarmark zniknął, przed nią wyrósł potężny, wypalony piorunem dąb. Zadarła głowę. Korona sięgała nieba. Drzewo wypuszczało listki na przekór śmiertelnemu wydrążeniu. Wyszła z niego smukła kobieta w jaskrawożółtej tunice. Czerwień jej ust przywodziła na myśl lipcowe maliny, a czerń ptasich oczu – bezgwiezdną noc. Vanja przyglądała się kobiecie w sennym zachwycie. Wydało się jej, że słyszy lekko drwiący głos.
     Ich zachcianki i oczekiwania nie są twoimi obietnicami ani powinnością.
     Zbudziło ją przeczucie czyjejś obecności. Wstała pospiesznie, chwyciła koszyk. Wilga gwizdała zaczepnie.
     Wytropił ją już tamtej jesieni. A z wiosną wróciła. Jej zapach był nie do pomylenia, a jego węch wielokrotnie wrażliwszy od ludzkiego. Mieszał się z wonią przestraszonych saren, zajęcy, leśnego ptactwa. I owczego kożuszka, który miała na sobie. Drażniący, dymny, z odrobiną szałwii i słonym kobiecym potem.
     Nie przejął się, że stracił ją z oczu. Między samosiejkami mignęła mu jej chustka.
     [...]
(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022)
czyli hic sunt leones
     Błoto urodziło się z zapłodnienia ziemi przez niebiański deszcz przy czynnym współudziale człowieka. Jeśli człowiek nie zabełta, to nie będzie błota. W Grecji potomstwo urodzone z takiego związku byłoby herosem. Im dalej od myśli klasycznej, tym bardziej rzeczywistość dominuje nad ideą. Błoto, zamiast heroicznego życiorysu i miejsca w panteonie, staje się miarą świata.
     Jednostka błota służy do mierzenia peryferyjności.
     Immanentną cechą błota jest lepkość i przyczepność. To cechy po ojcu i po matce, złączone w nową jakość i niemożliwe do rozdzielenia.
     Peryferyjność języka zaczyna się od grząskich tematów i obrzucania błotem. Na niepewnym gruncie wyrastają koślawe konstrukcje, a goście poruszają się chwiejnym krokiem. Trudne warunki środowiskowe zaburzają ocenę odległości i logikę. Wysiłek włożony w poruszanie się powoduje takie wyczerpanie, że na myślenie nie starcza już sił.
     Oprócz peryferyjności w mowie, myśli i piśmie, występuje także peryferyjność plastyczna, muzyczna, architektoniczna i urbanistyczna. Im więcej punktów błota na skali osiąga dane zjawisko, tym leży dalej od serca cywilizacji.
     Jest też peryferyjność komunikacyjna, która łączy tę mentalną z geograficzną. Kto wie, czy nie najbardziej dotkliwa, przez swoje totalne oddziaływanie. Gdy kończą się drogi, to w zasadzie kończy się świat, zaś na styku jego resztek i nicości tworzy się błoto. Po horyzont. Jeszcze przez jakiś czas da się podjechać, jeszcze od biedy da się iść, ale gliniaste koleiny, śliskie podłoże i złowieszcza lepkość chwytająca za buty czynią ten marsz coraz bardziej uciążliwym. Aż w końcu nie da się dalej iść. I nie ma po co. To rodzaj czyśćca, za którym znikają wszelkie szlaki, a pojawiają się lwy.
     Drogi najlepszej jakości kończą się na linii Odry. Drogi średniej jakości kończą się tuż za centrami naszych miast. Niezauważenie tracą gładkość, staranność poboczy i żwirowe wypełnienie, aż wchłonie je lokalne błoto, którego natężenie będzie rosnąć jednostkę na kilometr. Czasem wystarczą dwa kilometry, by ugrzęznąć po pachy. W tych zapomnianych przestrzeniach buduje się szałasy, ziemianki i domy z gliny. Potem się je pozłaca, rozpaczliwie próbując udowodnić, że żyje się w centrum świata.
     Społeczeństwo wyboru w zetknięciu z fatum błota staje się społeczeństwem losu. Nie składa się już z obywateli lecz z poddanych pozbawionych sprawczości i nadziei na poprawę losu. Tylko nieliczni próbują pielęgnować tę świadomość. Współplemieńcy nagrodzą ich za to tym co mają pod ręką, chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku.
     Przy uważnym badaniu można oddzielić niektóre ze składników: chaos, przemoc, nacjonalizm, uprzedzenia, narodowa depresja, a nawet takie drobiazgi jak brak organizacji wśród biedafaszystów. O oficjalnych strukturach państw nawet nie ma co mówić, bo to konstrukcje z jakichś gałęzi i starych szmat. Gdzieniegdzie stoją murowane niedostępne symbole lokalnej władzy opartej nie na konsensie, lecz na strachu i obietnicach bez pokrycia. Cała ta feudalna struktura opiera się na bezkarności wybranych i kornym posłuszeństwie reszty. To, co jest przemocą jako projekt, wywołuje przemoc rzeczywistą, wpisaną w odgórnie uświęconą hierarchię. Zwłaszcza wobec słabszych - kobiet, dzieci, chorych, obcych oraz wobec niższych warstw społecznych. Nawet peryferyjny bóg wymaga miłości z pistoletem mąk wiekuistych przystawionym do głowy wiernego.
     Na peryferiach względnie łatwo wpieprzyć komuś, choć nawet nie wiadomo w imię czego. Jeszcze łatwiej zalać pałę. Wtedy można poczuć, że się żyje jak człowiek, nie jak zwierzę.
     Napijmy się. I chuj.
     Pojedyncze drogi dobiegają w znośnym stanie do Bugu, by na drugim brzegu zaniknąć, ustępując miejsca wschodnioeuropejskim peryferiom w pełnej okazałości. Podróż na południe też niewiele zmienia.
     Zdjęcia z frontów wojen są pełne błota. Podobnie zdjęcia z nazistowskich obozów. A także masowych grobów na Bałkanach i ukraińskiego głodu. Mnóstwo dowodów, porażających i całkiem drobnych, wręcz intymnych, świadczy o przemożnej, wszechogarniającej sile błota.
     Peryferyjne myślenie spowodowało, że samolot zarył w błocie pod Smoleńskiem.
     Ilość przechodzi w jakość. Nie należy lekceważyć siły błota w Europie.
     Napoleon ruszył pod Moskwę jesienią. Szedł, szedł i szedł. I pewnie by doszedł, gdyby nie to błoto po horyzont. A potem przyszedł mróz i spadł śnieg, przyrodni bracia błota.
     Ale to już inna historia.
rozjeżdżone niebo nie trafiam w zodiak tylko
w oko fortuna ślepnie może to i lepiej zwędzę
jej sprzed nosa kurę choćby złote jajko
znaczoną talię a zostawię porachowane kości
mówisz że jestem cygańskie szczenię ostatnie
z miotu że znalazłeś mnie w koleinie po
taboryckich kołach pachniałam mlecznie
popiołem gryzłam rękę która karmiła
zawsze zabierasz śmieci z drogi?
recykling odruchów w pobłoconym pierścionku
z końskiego włosia łypie żabie oczko
mości mieści mi się na palcu dorosłam
czytanie słów z siennika zabieliźnione rano
mleczna droga odwrotu uważaj spadające
gwiazdy roztrzaskują marzenia po niebieskich
koleinach liźnięta panna ujeżdża byka
a zodiakalny wiatr czochra zwodnicze włosy
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)
     [...]
     – I co z tego masz? – zapytała Ketri, korkując naczynko.
     – To, czego nie da mi Juraszek – odrzekła Kachna wcale bystro.
     – Rozkosz?
     Dziewczyna zaczerwieniła się, skubnęła nitki wystrzępionej zapaski.
     – Tylko tyle?
     Podniosła oczy na vethenicę.
     Aż tyle.
     – Warto?
     Pokręciła głową, ale jakoś tak bez przekonania.
     – Więc daj spokój. Zapomnij.
     – Nie umiem. Co dzień se obiecuję, a gdy tylko rzekę widzę, to jakby mnie kto wołał, za włosy ciągnął.
     – Bo i woła. I ciągnie. A ty nie patrz. – powiedziała oschlej niż by chciała. Żeby to było takie proste. Nie widzieć, zapomnieć, zacząć żyć. Prawda, mamo?
     – Nie mam sił. – Dziewczyna położyła dłonie na brzuchu. - Bo mnie, o, tutaj tak pali, jakbym żywy ogień niosła.
     – Tym smarujesz nadgarstki. Twojej pannie odechce się chwytać cię za ręce. Możesz się nawet cała posmarować, żeby ją porządnie zniechęcić. Gdybyś jednak chciała się tym najeść, żeby dotrzeć przez żołądek do serca, to odradzam. Co tak na mnie z byka patrzysz? Tu masz ziarenka olibanum. Powinny wystarczyć do wiosny, a wiosną… może już nie będą potrzebne. Kładziesz je na rozżarzone węgielki, wtedy dymią. To taki dym zapomnienia, trochę ty zapomnisz, trochę ona. No nie… Nie mów mi, że nie chcesz, żeby zapomniała. Durnaś, dziewczyno. Myślisz, że jesteś dla niej czymś więcej niż kaprysem? Miej litość. Mówiła, że cię kocha? Nie mówiła. A jednak jesteś durna.
     [...]
(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022)
maria lubi wypatrywać ryb w stawach i strumieniach
to musi być pierwotne uczucie ryba w wodzie nikogo
nie pozostawia obojętnym posiłek trofeum zagrożenie
obcość czasem piękno ruch vs bezruch woda czysta lub martwa
maria nie lubi nawet myśli że ryba mogłaby złapać ustami haczyk
a ostrza wbiłyby się w delikatne policzki żyłka ciągnęłaby
cały jej rybi ciężar powoli rozrywając tkanki maria zna to uczucie
gdyby maria była głodna
chciałaby rybę z ciosu nagłego i
niespodziewanego najlepiej nożem w serce
(ze zbioru córka ewy, siostra kaina)
bransoletka łańcuszek słóweczka dla kobietek
w domkach kawusia kiciusie domowe ciało z rodzynkami
kobiety o dziecięcych twarzyczkach głaskanie
po główkach obrączki torebki paski i klapsy
piersi którymi nie karmią
paznokcie którymi nie mogą
stopy które nie potrafią
szyje które nie dają rady
usta którymi nie smakuje
klitoris która nie może
rzęsy z martwych ptaków
pieniążki do portfelików
(niewiele się tam mieści)
implant import wiano wieniec
sałatka ze złością i sezamem w gardle
(bez smaku jakieś)
tak trzymać
i będzie nam dobrze
Dziki bez
     [...]
     – Pokażę ci coś.
     Ruszył wąziutką kozią ścieżką między skałami. Przedarli się przez nadbrzeżne chaszcze. Cykady dopiero się rozgrzewały, słońce nieledwie wychylało się zza linii skał. Dzień zapowiadał się upalny. Jeszcze tylko trzcinowisko i przed nimi otwarła się zatoczka z resztkami murów na skalistym szczycie. Vranko rozbierał się jakby nigdy niczego innego nie robił. Patrzyła na jego smagłe atletyczne ciało bez zakłopotania. Po chwili i ona była naga. Wspiął się niezbyt wysoko, gestem zawołał ją do siebie. Przestraszone ptactwo poderwało się z wyszczerbień muru. Skoczyli razem, byle jak, ze śmiechem rozbryzgując przejrzystą wodę. Zanurzyli się, Ketri czuła wokół nóg zimny prąd i łaskotanie wodnej trawy. Tutaj ryby były ogromne i odważne, a rośliny bujne. Pod wodą Vranko nie chciał puścić jej ręki. Mogła wyrwać ją z łatwością, nie zrobiła tego. Wskazała ogromnego szczupaka. Przyglądał się im, nieruchomy jak kłoda. Pozwoliła się prowadzić, aż pod stopami poczuła dno. Woda była tu cieplejsza, nurt prawie zamarł. Vranko objął ją, nareszcie wsunęła palce w jego mokre skręcone włosy, wyślizgiwały się spomiędzy palców jak małe węgorze. Drżała. Uśmiechnął się na widok jej gęsiej skórki. Jego tors był gładki, jakby chłód wody nie przenikał przez jego skórę. Zazdrościła mu. Przytrzymał jej głowę w dłoniach. Puls cykad przyspieszył, płań zamigotała trącona podmuchem. Nagły skurcz serca, Ketri patrzyła w kare oczy Vranka i nie chciała się budzić. Zbyt wolno podnosił miodowe powieki, zdążyła zlizać słodycz, już płynęła z nurtem krwi, tętniła, odbierając oddech. Kropla światła w źrenicy, kiełkujący zarost zaskakująco miękki, jego dłonie pieściły starymi słowami. Rozchyliła uda.
     Wrócili do łodzi, gdzie przywitały ich znaczące spojrzenia.
     – Wsiadaj, czas nas goni – ponaglił Vranko.
     Zrobiła to z ociąganiem.
     [...]
     (fragm. opowiadania Dziki bez)
(przedmurze)
w niedorzeczu wisły bociany zjadły przez przypadek
moją pępowinę i teraz muszę tu tkwić spętana klątwą
miejsca na tabliczce złorzeczącej zapisano rozstrzelanym
drukiem osobisty numer przekleństwa płeć i do kogo
należę moszczę się na wypalenisku stąd dobrze widać
nadciągające hordy spodziewam się ich tędy mają
najkrótszą drogę do virtuti militari a najdalszą do
florence nightingale znowu idą koprokolor koszul
monokultura z bezpłciową fragmentacją plechy i
z dzieworództwem na sztandarach w kolorze krwi
czyjej
no i co gardzisto od zadawania boleści służę
częstuj się zupą z podgrobków jadalne raz
a dobrze na drugie kopytka wyciągnij stuknij
trwają dożynki zaduszki plamy ciemnieją na
ciasnej rozmiarówce ze skarlałym orzełkiem
dla odosobników
próbuję wlać olej wstukać młoteczkiem
w wydziobane oczodoły juranda wypchane
sianem a więc to jednak sianokosy
znasz sprawę z trzeciej ręki tej odciętej
za kradzież albo fałszywe świadectwo
idź się utop
łyżka wody na starość
wystarczy
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)
wyrzekam się ciebie
ojcze z nieba boże
synu niszczycielu świata boże
święta trójco jedyny boże
wyrzekam się ciebie z ulgą niewysłowioną
synu ojca okrutnego – wyrzekam się ciebie
płodzie w łonie nieletniej matki przez ducha
świętego utworzony – wyrzekam się ciebie
upadły majestacie – wyrzekam się ciebie
świątynio złudzeń – wyrzekam się ciebie
przybytku od którego boli ciało – wyrzekam się ciebie
bramo piekieł – wyrzekam się ciebie
odwieczne pożądanie władzy – wyrzekam się ciebie
gorejące ognisko nienawiści – wyrzekam się ciebie
niesprawiedliwości i okrucieństwa skarbnico
– wyrzekam się ciebie
dobroci i miłości pozbawionego – wyrzekam się ciebie
hipokryzji bezdenna głębino – wyrzekam się ciebie
który myślisz że jesteś własnym słowem
– wyrzekam się ciebie
z powodu słów twoich bezlitośnie
wprowadzanych w czyn – wyrzekam się ciebie
w którym sobie ojciec bardzo upodobał
– wyrzekam się ciebie
w którym mieszka cała pełnia bóstwa
– wyrzekam się ciebie
z którego pełni spragnionym nic nie było dane
– wyrzekam się ciebie
cierpliwego w zadawaniu cierpień – wyrzekam się ciebie
pobłażliwego dla ślepo wierzących – wyrzekam się ciebie
hojnego dla namiestników – wyrzekam się ciebie
skąpego dla potrzebujących – wyrzekam się ciebie
źródło cierpień i zakłamania – wyrzekam się ciebie
szukającego w nas grzechu – wyrzekam się ciebie
przymykającego oko na nieprawości w twoim
imieniu czynione – wyrzekam się ciebie
ślepego na zbrodnie w twoim imieniu popełniane
– wyrzekam się ciebie
rozgrzeszającego zbrodniarzy – wyrzekam się ciebie
przyglądającego się bezczynnym – wyrzekam się ciebie
karzącego kobiety – wyrzekam się ciebie
wymagającego posłuszeństwa aż do śmierci
– wyrzekam się ciebie
podpalającego stosy – wyrzekam się ciebie
źródło braku nadziei – wyrzekam się ciebie
obietnico bezsensownej śmierci i ukradzionego życia
– wyrzekam się ciebie
wojno i konflikcie – wyrzekam się ciebie
krwawy sędzio – wyrzekam się ciebie
zwodzącego tych którzy pokładają w tobie nadzieję
– wyrzekam się ciebie
zwodzącego tych którzy wierzą w życie wieczne
– wyrzekam się ciebie
rozkoszy pełnej przemocy
– wyrzekam się ciebie
świętuję lekkość nadgarstków z bliznami po kajdanach
czystą pustkę w sercu głęboki oddech bezczelny orgazm
i umysł wszechmogący
teraz nareszcie żyję i króluję sama sobie amen
(czarna owca córka ewy siostra kaina)
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)
bóg się rodzi mocno chleje pan niebiosów
obrażony woli posłuszeństwo od miłości
i współczucia pomylił się lepiąc z błota na swoje
podobieństwo wtedy nastał dzień recyklingu
a z błędu powstała ewa
logos gaworzenie zdania bezsensownie złożone
w ofierze kochanki matki córki synowie ludożercze
zachcianki wymioty gdy spodziewa się nowego świata
słucham z przejęciem jak babka czyta o spaleniu
synów w kotle z olejem i płaczę nad ich nieszczęściem
które radowało boga a przecież
ocalał ten najmłodszy
rzecz nie w ocaleniu
obowiązkowa lektura wanitatywna z dobroci serca
by poczuć pełnię wdzięczności pojąć sens poniżenia
nie rozumiemy się jeszcze tego nie wiem
tytularny sługa boży kroczy po ziemi tej ziemi ociera się
czarnym jedwabiem o insult pod spodem chorobliwa
ciemność całowanie dłoni pierścieni ćwiczenia w klęku
w lęku w lamusach owiec modlitewne postronki
przydatne na co dzień
kult krocza
nie po raz pierwszy
jezus przewraca się w grobie
gdy dosięga mnie jego boski zamysł mam czternaście lat
i nie przyjmuję własnej krwi do wiadomości
zbeszcześcić
planuję to między głową, lewą ręką a miękkim
podbrzuszem połowy ludzkości
(ze zbioru Zdrowaś, KiT 2024)
(marzenia o omnipotencji)
procedury waszej miłości uczycie trzymać
grzechotkę jak karabin preferowana praworęczność
seria błędnych kroków gra w rasy w płeć
zazdrośni
w odwecie zabijacie nasze dzieci po domach i na frontach
mięso białko reaktywne hemoglobina z tendencją do umierania
przeklęci
wchodzicie na rympał z butami z kijem i pałką śmiejecie się zbyt głośno
w głębi zwłókniałych serc zapewnienia o czułości brzmią niezręcznie
niech wasz bóg nauczy was strugać synów twardych i nieczułych
pełnych drzazg i sęków na wasze podobieństwo lepić ich ze słomy
i gliny bezdusznych i bez serc z lekkim stopniem odczłowieczenia
ciosać ich z granitu znakomity materiał odporny na wilgoć i żar
będą powolni i ciężcy niepokonani bez skłonności do przedwczesnego
zgonu
w nich będziecie mieć upodobanie
wreszcie
dacie nam spokój do chuja pana i kurwy nędzy
(ze zbioru Zdrowaś, KiT 2024)
serio
mam liczyć zdekapitowane kwiaty doliczyć
się czterdziestu czterech biało czerwonych
czyścić domestosem krwawe sumienia
puszczać w niepamięć upiększać
pozostawiony po was finis mundi
za żadne skarby
zgromadzę stosy szmaty łodygi głowy główki
puszczę z dymem zmrużę zołzawione oczy
z zardzewiałego żelaza wykuję kosę na sztorc
i pokażę wam jak się w mojej tradycji zamiata
po moim trupie
nie pozwolę zacierać śladów niszczyć deliktów
otworzę szafy zajrzę w studnie spuszczę jeziora
by policzyć szkielety co do kosteczki
a wy lepiej idźcie spać na drzewa
kwili żalejka
nad szczerbatymi schodami wieje jakby czart
się żenił a ja wietrzę z okna rzucam na wiatr
popioły szare i czarne i złorzeczenia prababek
sól w oczy i kamień w zęby
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020
kiedyś to były muszle a teraz to nie ma
nie ma i nie będzie i co pan mi zrobi
smutek cykad nad wysychającą rzeką
to niesprawiedliwe to nie my to oni ci przed nami
a mówił ci ktoś że świat nie jest sprawiedliwy a przyroda nie zna moralności
litości
pod stopami grząsko i kolorowo zaczipowane ryby oszukują głód
granolą granulek wielokrotnego użytku zanurzam rękę
pecefałowe meduzy parzą z półwiecznym opóźnieniem
nie wystarczy rozliczyć ss i wermacht chciwców o sercach z węgla z ropą
zamiast krwi ich diamentowe oczy się nie pocą złoto nie śniedzieje
rdzewieje
oferta nadal aktualna odkąd sięgamy pamięcią i słowem królestwo bitcoinów
za zatrzymanie czasu królestwo wiekuiste post mortem dla biedaków
przywiozłem znad morza sól we włosach i piasek w tyłku
brałem bez wahania ostatnie ziarenka
kiedyś to był chociaż piasek w oczy
dziś mamy głodne kawałki
księżyc wrósł we włosy nie próbuję
go wyczesać sny mam ciemne jakby
w tamtym świecie nie było słońca
geografia wysp ze zwichrowaną grawitacją
krzywi schody daje samochodom wolną
wolę a potem zastyga w pół z nieobliczalną
hydrauliką i moją własną techniką latania
zalecany zbyt daleko idący sceptycyzm
do granic nieprzytomności
gubię się choć co noc rozstawiam drogowskazy
sypię kruszyny chleba wlokę księżycową nić
wyciągam rękę w pustkę pakuję nieprzeliczoną
ilość rzeczy wyrastają w kątach i szufladach
jak pleśń karmione ciemnością i wilgocią nie
mieszczą się w torbach walizkach workach
odłamki świata bez których ten nie zadziała
rozdrażnienie i pośpiech pociągi chybiają celu
a ja nie pozwalam zmarłym umierać choć gniją
im ciała i zarosłe groby zaczynają się zapadać
nie pamiętasz o mnie a ja szukając naszej
ulicy zbieram porzucone dzieci są wielkości
dłoni jeszcze żyją choć zapominam je nakarmić
martwi mnie że pracowicie gromadzony śmietnik
przepadnie pociągi odjadą beze mnie a znajdy
nie dożyją jutrzejszej nocy mijamy się o włos
rano wykrzyczę ci moją samotność
(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)
gdy uderzasz w skaliste dno burzą się fale
i kołtuni niebo ostrza trójzębu sypią iskry
szczerbią się o skały chłoszczesz ocean wierzga
aż drży ziemia twoja złość jest piękna tylko siąść
i śpiewać bo między nami woda gdy odrzucasz
głowę sploty morszczynów pachną gorzko solą
szmaragdowy wzrok sięga dna ślizga się po
grzywach uderza w ląd na horyzoncie
a gdzie nasze przymierze
nurkuję w głębiny gdzie niegdysiejsi surferzy gonią za
błyskami syrenich łusek i bladą zielenią piersi pełnych
turkusowego mleka wypłukane spojrzenia bezgłośne
zawołania w ich warkoczach muszle nitki trawy morskiej
w koralowych paciorkach wypatruję burzowych oczu
trytonów o atletycznych torsach i gładkiej skórze delfina
na szyjach falują bursztyny na sizalowych niciach a ty
odprawiasz mszę wydajesz rozkazy ułaskawiasz i
skazujesz galeony fregaty pancerniki transportowce
bombardy armaty falkony moździerze haubice wypłukane
szkielety strzaskane burty skrzynie twoje żniwa złoto rzucone
w piach perły przed kałamarnice zardzewiałe brzeszczoty
wypełnione amfory załadowane kontenery zepsute zabawki
suchych dzieci pozbawionych poczucia humoru i wyobraźni
pełnych wiary w dobre wróżby w święconą wodę
w dziewictwo honor i boskie nasienie z kosmosu
trytony zaglądają do kapitańskich kajut w niecnych celach
syreny wygniatają butwiejące łóżka nagość ogonów głęboka
zieleń ust i sutków tańce na masztach bocianie gniazda pełne
ryb prąd porusza zetlałymi żaglami proch miesza się z piaskiem
sperma z ikrą trytony w oficerskich czapkach bez otoków
ocean ugina się pieści między udami łudzi oddaniem
by połknąć wody opadają zanurzasz się splatam nasze
włosy z morską trawą zawijam ich pierścienie jak
kotwiczną linę zawieszenie broni na tęczowym kołku
być morze