Ka Klakla

JESTEM (nie tylko w środku) SPEŁNIONYM SNEM MOICH PRZODKIŃ (i przekleństwem tego kraju)

Królewicz, Kopciuszek i żaba


spiritus ranidus movens

I

początki tworzenia świata przez ocalałych

nie wyglądały różowo raczej monochromatycznie

trzy tysiące dni od skończenia wojny człowiek

wyrzekł słowo żaba i stanęło się teraz już nikt

nie dojdzie czy rozmiar i kolor zgadzały się z

niedowyobrażeniem stwórców

grunt że podwalinę pod bajkowy świat

ich nowych dzieci właśnie postawiono


żaba obwieszcza że można znów marzyć

ale nikt już tego nie potrafi zrodzone z

zagłodzonej wyobraźni chimery mają blade

okrutne spojrzenia kościejowej armii


adam czyni sobie żabę poddaną

ale czarnooka ewa widzi więcej


II

też by chciała siedzieć na żabie tymczasem

trwa niekończąca się lekcja o przywilejach

po pierwsze nie stać nas na żabę tylko

na fotografię z żabą - ale to nie to samo

po drugie nawet gdyby nas było stać to gdzie byśmy ją postawili - w ogrodzie

ogród nie jest nasz a teraz ustąp bratu

bo jest młodszy


jest bystra nie zapyta czy może dotknąć


zadanie - nauczyć się na pamięć

co wolno biedakom i dziewczynkom


III

jest wszystko co trzeba żeby zrobić zdjęcie

wyczesany lok czyściutki sweterek wciąż

białe porteczki dwie pary butów mniejsza

i większa jak brat z siostrą

plisowana spódnica za duża szelki skrócono

bluzeczka w grochy kołnierzyk z falbanką

kokarda wychyla się zza ramienia


i jest żaba z koślawego raju

nie starcza dla wszystkich

skryty dotyk nieposłusznej ewy


to się musiało tak skończyć


(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)


Ta historyczna żaba stała na plantach niedaleko Collegium Novum w latach 50-60 (tu rok 1952-53). Zawsze patrzyła w ul. Wolską (Manifestu Lipcowego, obecnie Piłsudskiego) Wciągnięto ją potem na postument po pomniku Dietla.


okruch

pewnego dnia ewa dała marii swoją ukochaną haftowaną bluzkę

bluzka była podarta mimo to ewa nie potrafiła jej wyrzucić

maria uwielbiała tę bluzkę na matce – ewa była w niej bosko doskonała

teraz maria pieści palce dotykiem przezroczystego lnianego batystu

i syci oczy kolorami rumuńskiego haftu


maria przestała odwiedzać pałace i kościoły bo śmierdziały

jej krwią zaczęła rozpoznawać piękny język biedaków wpleciony

w osnowy palcami kobiet wycięty w poczerniałym drewnie wykuty

w ogniu dłońmi mężczyzn


maria wie że ukochana bluzka ewy od pierwszej nici powstawała

w północnych karpatach wciąż pachnie świeżym owczym serem

i miododajną łąką pachnie też ewą zauroczoną swoim kochankiem

który podarował jej tę bluzkę by móc przez batyst

widzieć jej brzoskwiniowe piersi

nie pachnie matką


i marii

stęsknionej

to się podoba


(ze zbioru córka ewy, siostra kaina)

Daleko, daleko, za dworem, za borem


Kowadło

     Niektórzy ludzie stawiają sprawy na ostrzu noża; albo-albo. Słaba propozycja na wspólne życie. Piotr Ludwikowicz stawiał sprawę na kowadle. Z mojego punktu widzenia, sposób równie kiepski jak ten z nożem.

     Z fotografią jest tak, że nie można na niej zarazem być i nie być. Pod tym względem jest jak ostrze noża i kowadło.

     Lato, może 1936 rok, wypłowiałe pojałowickie błonia. Pewnie niedziela, bo kto by pracę przerywał, stroił się, by stanąć do zdjęcia. Józefa i jej najstarsza córka siedzą. Stoi Zosia, Henryk, Helena i Irena. Dziewczyny przejęte, Heniek udaje, że on nie. Józefa ponuro patrzy poza kadr. Na fotografii nie widać jej miłości. Nie zmieściłaby się, mówiły jej dzieci i wnuki. Wierzę im.

     Patrzę tam, gdzie Józefa. Za tymi, których nie ma.

     Najpierw nie ma Piotra-ojca.

     Kowala z kroplą cygańskiej krwi, któremu car otworzył ścieżkę awansu, o jakiej nie śniło się wcześniej nikomu z rodziny. Ślusarz, pracownik carskich kolei. Jeśli miał serce, to musiało mu się spopielić już w dzieciństwie, przy palenisku rozniecanym przez ojca. A może ojciec zmiażdżył je młotem na kowadle. Potem Piotr płakał już tylko ze złości.

     Serce zastąpił luksusem na miarę wsi pod rosyjskim zaborem. Jeśli buty dla córek, to czerwone wiązane trzewiki. Jedna para dla Józefy, druga dla córek. Jeśli korale, to prawdziwe, toczone, duże jak śliwki. Lśniąca lakierem bryczka, konie strojone w nabijane mosiądzem rzędy. Tylko na pokaz. To dlatego nie udało się dziewczynom szkół pokończyć, bo jak tu gnać siedem kilometrów dwa razy dziennie bez butów, jak uczyć się bez zeszytów, bez książek. Latem jeszcze boso dawało radę ale zima trzymała kobiety w chałupie. Tak jak należało.

     Bicie wpisane jest w życie rodziny jak kuranty zegara, który Piotr zakupił, by potwierdzić swój status. Uderzał młot w kowadło, uderzał kij, rzemień, pięść i słowo.

     Henryk, wielki jak dąb kowalski syn, nigdy nie zatrzymał spadającego ciosu.

     Następnego nie ma Piotrka-syna.

     Ojciec postawił sprawę na kowadle; albo będziesz posłuszny mojej woli, albo się wynoś, nie chcę cię znać. Trzy razy z domu uciekał, dwa razy wracał. Drobniutki, wyglądał na dużo młodszego, a jednak to kije się łamały, nie on. Przez ten nikczemny wzrost i mikrą budowę nie chcieli go do wojska przyjąć, ani żadnej poważnej roboty dawać.

     Jak ciężkie musi być życie, skoro nawet ryzyko śmierci wydaje się czymś pożądanym.

     Wychodząc z domu, nie wziął nic, prócz Józefowej miłości i wiary, że się uda. Udało się i to jak, przecież był kowalem.

     Zdążył się tym podzielić ze mną i z moim synem.

     Za trzecim razem komisja wojskowa się ugina, a generał Mond doceniając niebanalność poborowego wybiera go na swojego ordynansa. W oddziale mogliby go zadeptać.

     Piotrek wiedział, jak się obłaskawia los, który, w przeciwieństwie do ojca, bywał szczodry. W przedpokoju własnego mieszkania trzymał zamknięte w szafie duże kowadło. Wyciągał je, gdy trzeba było coś rozgrzać, wygiąć czy wyklepać. Albo wznieść uroczysty toast.

     Ostatniego nie ma kilkumiesięcznego syna Józefy i Piotra.

     Bezimienny, bo nie starczyło łez i sił, by pamiętać. Lśniące czerwone trzewiki stały wyglancowane w sieni, nienoszone toczne korale wisiały przy lustrze, a Józefa robiła, co mogła, by ulżyć małemu w cierpieniu. Z pewnością śpiewała mu, szeptała jego imię, kołysała, piła, gładząc sklejone potem włoski.

     Zachorował, gorączka i boleść go trawiły, matuś prosili ojca, żeby dał na lekarza, opowiadali Zosia i Piotrek. Nie dał, bo grosza marnotrawił nie będzie. Przecie widać, że dziecko zaraz zemrze.

     Pewnie wiedział, że kładzie to maleńkie życie na kowadle. Dzieciak poddał się po dwóch tygodniach. Nie wiem, czy miał mogiłkę. Pogrzeb nieochrzczonego to wyrzucone pieniądze, a takiemu co jeszcze nie nagrzeszył, chrzest przecież niepotrzebny.

     Henryk milczał. Józefa zamilkła.

     Na fotografii bezimienny brat z pewnością stanąłby obok Irenki, najmłodszej, urodził się przecież rok przed nią. Ale ojciec miał już pierworodnego, Henryka. I na zapas drugiego, Piotra, gdyby pierwszemu coś złego się przytrafiło. Trzeci był tylko konkurentem do schedy i niechcianym kosztem. W przeciwieństwie do dziewuch, szkołę powszechną musiałby skończyć.

     Ojciec przyuczył Henryka do zawodu, a na starość oddał mu kuźnię. Opłaciło się synowi posłuszeństwo.

     Dziewczyny wychodząc za mąż dostawały maszyny do szycia. Takim wianem można było się we wsi chwalić. Wtedy ojciec uśmiechał się pod wąsem, a one wychodziły z domu z fachem, maszyną i ulgą. Pięknie szyły i pięknie żyły. Nauczyły się wykuwać swoje własne losy, o czym ich ojciec nie miał pojęcia.


     Piotrek poznaje Wiktorię i wybucha wielka wojenna miłość. Mają nawet ślubne zdjęcie, ale to już inna historia. Tym razem los jest równie nieczuły jak ojciec. Ludziom powinno wystarczyć, że przeżyją, a wojna niedługo się skończy. Piotrek i Wiktoria są razem zbyt krótko, trzydzieści lat. Drugie trzydzieści Piotrek spędzi sam, choć otoczony rodziną, przyjaciółmi i przyjaciółkami. Nikt nie zajmie miejsca Wiktorii. Bardzo za nią tęskni. Ja też.

     Gdy Rzesza podpisuje kapitulację, Piotrek nosi na ramionach smagłą, czarnowłosą i czarnooką córeczkę. Lubi jej śpiewać:

     One cię zawsze przygarniały czule, gdyś był w chorobie, smutku lub potrzebie.

     One zło wszelkie od cię oddalały, aż na żołnierza wychowały ciebie.

     W serdecznej trosce i w codziennej męce

     Matczyne ręce.

     Wkleja do albumu zdjęcie mamy, sióstr i Henryka. Nie ma żadnego zdjęcia ojca. Nie pamięta imienia najmłodszego z braci, więc nadaje mu własne.

     My, potomkowie Józefy i Piotra mamy w domach maszyny do szycia i kowadła. I nie zawahamy się ich użyć. Łączy nas krew w żyłach i na rękach, ogień w palenisku, postawiona na kowadle wódka. I tamta miłość, która nie zmieściła się na fotografii.


krewni

(nieczysta)


jestem z tych którzy już mnie nie chcą

bo spłowiałam w chłopskiej bruździe

pod błękitnym okiem ojca i dziadków


on też


rozpacz świętował z muzyką niosło go koleją

piechotą ciężarówką i czym popadło zbierał

innych z drogi grał w karty pił z dziećmi i wnukami

a pozłocone wczoraj wracało karuzelą


ona też


ucieka na łąki pod las na krawędź miasta

i wraca za rękę z czarnookim wie że on odejdzie

nie martwi jej to domyśla się gdzie znaleźć innych

trafia na słuch na czernie brzęczące kolorem


ja też


tańczę w dzikim rytmie biegnę z południowym

wiatrem upojona pieszczę kuminowych chłopców

zasypiam pod ciemną gwiazdą rozczesuję i splatam

kare włosy sióstr rzucam posłuszne kości łypią oczkiem


ty też


w sekrecie opowiadasz mi że śpisz na podłodze

obok pustych królewskich pieleszy że wolisz tobół

od walizki i żywy ogień od pieca gotowa jechać

gdy ktoś zawoła pytasz mnie skąd się to bierze


ano stąd


drapię skórę sprawdzam

od tamtej miłosnej nocy nierówno dzielili

ojcowiznę między synów i córki niektórym przypadł

kolor liźnięty ogniem nam nieoswojone pragnienia


podmuch gorąca krwawe światło żaru ciepła stal

kowadła osmalone trzonki w ich mocnych rękach

ciężar głowni iskry okrzyki śmiech i wreszcie toast

o zmierzchu zgrubiałe palce na strunach dech w

trąbce szmer dzwonków rytm jest zbyt szybki puls

przyspiesza stukają łyżki brzęczą puste talerze a koła

nierówno trzeszczą w koleinach on sam robił do

nich obręcze a może to było wcześniej gdy cała wieś

przyglądała się jego matce i jej kruczym warkoczom


w mroku znów jesteśmy smagli o oczach

brązowych niczym gasnące palenisko

nie nauczyliśmy się pieśni płowych jak zboże

ani milczącego smutku nad grobami


pod skórą żadnego śladu tylko popiół i krew

zmieszana w źrenicy iskra w brzuchu żelazny

odłamek wiatr szarpie nogawki ciągnie za włosy

uderza w drzwi znamy tę melodię


błyszczy cekin księżyca

zostajemy nikt nie woła


(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)

Córki Lilicy


gender

w polskim żeńskie imiona niemal zawsze kończą się na a i maria

podejrzewa że wieki temu kobiety nazywano od dopełniacza

męskich imion albo przydawki józefa janina gabriela antonina

maria czuje że to nie w porządku dużo czyta o rosnącej złości kobiet

przekazywanych przez ojców w ręce i nazwiska mężów ale rubryki

płeć

wciąż nie są dla nich istotne maria zastanawia się skąd bierze się

ten lęk przed nieoczywistością i potrzeba twardego dookreślenia

choćby pięścią przecież nie z pomyłek w miłości te zdarzają się

codziennie mimo adnotacji kto jest kim w aktach stanu cywilnego

jej córkę/kobietę zatłukł przecież mąż/mężczyzna

maria podejrzewa że w tym przypadku płeć choć wpisana poprawnie

i w zgodzie z porządkiem świata jednak miała znaczenie


maria nie może zrozumieć dlaczego na całym świecie systemy

społeczne i polityczne mogą się zmieniać niezmienna pozostaje

jedynie rygorystyczna kategoria płci separacja penisów od wagin

nie rozumie dlaczego to takie ważne zaznacz krzyżykiem sex/gender

bez tego podziału trudniej byłoby dyskryminować trzeba by to robić

prosto w twarz w oczy a miłość i tak jest albo jej nie ma

dlaczego maria nie może dać dziecku imienia takiego

jakie mu pasuje


chciałaby żeby córka nazywała się lato


Djasek tam wiy

(draft scenariusza)

     Lata ’30 XX w., małopolska wieś, zagroda kowala, Cygana w drugim pokoleniu, ożenionego z kobietą z tej wsi.

     Za wsią – rzeka, za rzeką szkoła.

     Pole, kuźnia, zagroda, inwentarz.

     Śnieżna zima.

     Stary tyran zbiera się już na tamten świat, co niezbyt mu się podoba.


Osoby:

Irenka – najmłodsza córka kowala, lat 10.

Kowal, lat 60

buty

Hynek – pierworodny kowala, 26 lat

Anna – żona kowala, 48 lat

Zosia – średnia córka 17 lat

Kusy

Mucha


  • Przedpołudnie. Wieś widziana z góry; zagrody, chałupy, gościniec, kościół, ciemna linia zamarzniętej rzeki, za rzeką budynek (szkoła). Zagroda kowala jest na końcu wsi, a nawet poza jej granicą (widać stojącą osobno kuźnię. Ciężkie, siwe niebo, Wieje.
  • Zaczyna sypać. Zawierucha. Wiatr podrywa śnieg, kręci wiry. W zamieci zarys/cień łopoczącej peleryny/kapoty, czasem mignie roztańczony but (solidnie schodzony niski trzewik z wydłużonym noskiem i klamrą), klamra błyśnie złotem. Wrażenie, jakby ktoś/coś wirowało wraz ze śniegiem. Zanim zamieć zasypie ślady, widać, że ten, kto je zostawił, podskakiwał, a nie szedł krok za krokiem. I miał pańskie buty, a nie chłopskie obuwie na zimę.
  • Spojrzenie z zagrody na rzekę.
  • Wnętrze chałupy. Sień – podłoga z desek, na niej chodnik. Ława, 5 par trzewików z wysokimi cholewkami, wyglancowane, ustawione pod ławą. Drugie w kolejności – męskie; bogate, prawie nowe – dominują nad pozostałymi. Ostatnie – dziecięce. W izbie firanki w oknach, kredens, szafa, stół z obrusem, święte obrazki, kilimy, świeczniki, piramida poduszek na łóżkach – nie ma tu nędzy.
  • W kuchni Hynek, Anna, Zosia i Irenka. Anna i Irenka zajęte kuchenną robotą, Zosia – szyciem na maszynie. Na zydlu Hynek coś naprawia albo oliwi narzędzia. Słychać zwykłe rozmowy przy robocie, Zosia wstaje od maszyny, przymierza materiał do siebie, wygładza, przygląda się, gdzie jeszcze trzeba coś doszyć.

     Hynek: Duje, jakby czart się żenił!

     Anna: Gadają, że jak taki wiatr wieje, to wiozą nieboszczyka, co za życia zły był. Obierajże tę marchew, dziecko. Jeden nawet opowiadał, że jak raz takiego wieźli, to się taka hurnawica zerwała, że konie nie chciały iść. Dziś też nieźle duje. W takim wietrze coś siedzi, coś jest. Ale nikt nie wie, co. A gdzie ten nóż, co go przed chwilą w ręce miałam?

     Zofia: Z takim wiatrem to latają złe duchy.

     Anna: Jeszcze ze trzy. I ze dwie cebule posiekaj.

     Zofia: Pamiętacie, jak starej Bartoszce mąż się powiesił? Ludzie widzieli, jak potem przylatywał do niej taki wietrzny wąż. To jej mąż był, ona sama to stwierdzała podobno.

     Anna: Ircia, przesuń sagan, bo wykipi.

     Irenka: A prawda to, że jak w taki kręcący się wiatr wrzucić nóż, to wtedy ukaże się krew?

     Anna: A cóż ty wymyślasz, dziecko?

     Irenka: Mówiła mi o tym Zośka.

     Anna (wymienia z Zosią znaczące spojrzenia): Głupot ci nagadała, a tyś uwierzyła.

     Hynek: Jak się ktoś powiesi, to tak wieje. Za karę, za tę zbrodnię, co się powiesił, ten wiatr ma go wyhuśtać. Musi mocno dyndać.

     Anna: Hynek, bój się boga!

     I dalej proste gadanie: już mi się ta zima sprzykrzyła, Jadźka była wczoraj, pytała o stryja, co żeś powiedziała, a co miałam rzec, że słaby, niedobrze. Zaglądną tu może z wieczora, a tę koszulę Lutka to skończyłaś? Już ze dwa dni będzie, ciotka odebrała. Zapłacili? No, zapłacili, ale ciotka i tak musiała ponarzekać itp., itd.

  • W trakcie rozmowy Irka idzie do sieni (dla przypomnienia – ława i buty). Zerka przez szparę w drzwiach – zamieć zasypała lód na rzece. Biało, jakby rzeki w ogóle nie było. Jedynie nagie drzewa w rzędach na miedzach, w oddali jakiś budynek, który na chwilę skupia wzrok (może wiadomo, a może nie wiadomo, że to szkoła), wiatr nadal wiruje i tumani śniegiem.
  • Irka nakłada byle jakie wełniane pończochy/skarpety/owija onuce, na to stare słomiane łapcie. Kożuszek, chustka, rękawice. Sięga do skrytki pod progiem, wyciąga coś zawinięte w szmatkę i związane sznurkiem. Upewnia się, że nikt nie zwraca na nią uwagi i wymyka się w zamieć.
  • Izba, łóżko. Przepocona poduszka. W półmroku twarz starego mężczyzny. Chuda, nieogolona, wycieńczona. Śniady, dzikie czarne oczy. Patrzą na święty obrazek pod powałą i wiszącą pod nim podkowę na szczęście. Na szklanej powierzchni obrazu migocze płomień gromnicy. Obraz i podkowę zdobi wianuszek suchych kwiatów.
  • Maryjka z obrazu nie chce patrzeć na starca. Raczej zagląda pod łóżko.
  • Pod łóżkiem siekiera. W dalszym planie, w mroku, widać niewyraźnie czyjeś nogi w znoszonych butach z naderwaną złotą klamrą. Mokre ślady od stopionego śniegu. Między wezgłowiem a ścianą, ktoś się kryje.

     Kowal: Irka... Irka! Gdzie ta dziewucha... Zośka!

     Głos Zosi z offu: Irka! Irka, ojciec wołają!

  • Popołudnie, zmierzch. Uchylają się drzwi do chałupy, wraca Irenka, zarumieniona i zadowolona. Szybko wsuwa zawiniątko do skrytki pod progiem.
  • Nie zdążyła zdjąć kożuszka i zaśnieżonych łapci. Do sieni wpada Hynek, ciska nią o ziemię, uderza w twarz.

     Hynek: Gdzieżeś była? Gdzie się wałęsasz, jak ojciec wołają?

  • Irenka idzie boso do najdalszej izby, gdzie leży stary. Coraz wolniej stawia kroki. Zatrzymuje się przed drzwiami, jest na granicy płaczu. Na gwoździu wbitym w futrynę wisi zużyty męski pasek (może trzeba go obejrzeć z dołu do góry, zatrzymać wzrok na klamrze?). Dziecko zbiera się w sobie, uchyla drzwi do ciemnego wnętrza, zagląda przez szczelinę.
  • Płomień świecy się kładzie, drży od ruchu powietrza. Cienie na ścianach falują, nie wiadomo, które są rzeczywiste, a które wyobrażone.
  • Ktoś w mroku bliźniaczo patrzy ze szpary między ścianą a wezgłowiem, obserwuje uchylające się drzwi.
  • Irenka klęczy w nogach łóżka, trzyma nad kostkami odsłonięte wychudzone nogi ojca. Mężczyzna patrzy na nią dzikim wzrokiem, usiłuje krzyczeć, ale ledwo słychać jego starczy drżący głos.

     Kowal: Mocno trzymaj, nie puszczaj, O Jezusie, nie puszczaj! Trzymaj... trzymaj!

  • Irenka płacze, zaciska powieki, nie chce patrzeć na ojca ani nad wezgłowie, ale nóg nie puszcza.

     Kowal: O Jezusie... matko jedyna, nie daj mu, nie puszczaj!

  • Stopy kowala drżą, podobnie jak wcześniej obłędnie szybko podskakiwały w zamieci czartowskie buty. Dziecięce dłonie nie są w stanie powstrzymać tego drżenia.

Irenka płacze rozdzierająco.

  • Płomień świecy gaśnie jak zdmuchnięty. Brzęk pękającej szyby w okienku, zamieć wdziera się pęknięciem, wirują płatki śniegu, słychać wycie wiatru.
  • Dym płynie w stronę wezgłowia, jakby wskazywał ukrytego intruza albo kierunek wędrówki duszy.

Z offu: cichnący płacz Irenki.

     Bzyczenie muchy, dziwne, bo przecież zima (w starych wierzeniach – dusza, która uszła z ciała)

  • Pod łóżkiem nadal leży siekiera (widać ją jakby mimochodem, bo istotne jest to, co w głębi, za siekierą). Ktoś skryty za wezgłowiem zrzuca znoszone buty, wkłada na włochate nogi znajome wyglancowane męskie trzewiki. Widać, jak próbuje uderzyć obcasem o obcas. Wychodzi mu to kulawo, potyka się o własne nogi, słychać wkurwione sapnięcie. Spod nogawki wystaje chwost.

Z offu: bzyczenie energicznie latającej muchy – jedno, drugie okrążenie. Nagle cisza.

  • Irenka siedzi skulona na podłodze przy łóżku. Nie widać twarzy starego. Bezruch.

Z offu: stukot butów? Niemrawe ostatnie bzyknięcie.

  • Poranek. Rząd butów pod ławą. Brakuje par – męskiej, tej dominującej – i dziecięcej, najmniejszej, najbardziej schodzonej. Pusty schowek.
  • Niedomknięte drzwi (tak ledwo widocznie) i za nimi bezwietrzny, zimowy widok po horyzont. Zamarznięta rzeka nie jest już przeszkodą.

Koniec

Bez głosu, bez życia


to się nie wydarzy śnisz


przykryta gwiazdami śnię

srebrny sierp zawiesił się na wierchu upał zapach

rozgrzanej łąki niech będzie że śnię rysuję ścieżki

na wilgotnej skórze spisuję histerię sanskryt

przekładam na moje na nasze śnię


nad karpatami dawno niewidziane gwiazdy ostrze

już wbija się w zbocze skurcz serca nie chcę się obudzić

puls cykad przyspiesza we włosach kłuje kłos

spleciony pajęczyną jezioro trącone podmuchem

fiolet majeranku pod blekotowym parasolem

ty śnisz

śnię przed świtem rosa smakuje miodem chcę wyssać

twoje myśli ze śpiącego ciała tylko jedna noc a potem

możesz wyrwać skrzydła po co mi one kiedy ty

z hultajskim uśmiechem spacerujesz po dnie jeziora

i zjadasz lilie wodne


śnisz dziewczyno

nic nie masz niczego nie dostaniesz

nie będzie krynicznej wody zgniecionej trawy
zmiętych prześcieradeł jedwabiu włosów

blednie sierp szkarłatna zorza już zjada
ciepłe odciski palców i wilgoć twojego snu


(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)


Łotrzyca, t 1

     [..]
     Stoi nagi na brzegu górskiego jeziora o nieprawdopodobnej głębi. Zieleń przybrzeżnej wody przechodzi w indygo, by w miejscu głębi przybrać niemal czarną barwę. Z otchłani wypływają one; wiły, rusałki, wodne judy. Źródło początku i końca, Vilina Voda. Lovro wie, że miejsce jest święte, pełne prastarej mocy i nie ma tu miejsca na rozkład i przemijanie. Przygląda się, jak czeluść wypuszcza ze swej paszczy maleńkie przecinki srebra. Te, migocząc srebrem jak narybek, synchronicznie igrają z głębią, opadają i wznoszą się ku powierzchni w hipnotycznym tańcu.
     Fascynuje go ta cykliczność.
     Nie jest w stanie pojąć bezkresu. Przeczuwa, że to wrota do innego wymiaru. Wodne panny w milczeniu przepływają nieopodal brzegu, na którym stoi. Przyglądają się swoimi szmaragdowymi oczami niemal pozbawionymi białkówki. Lovro nie potrafi odnaleźć w tym wzroku żadnego znanego mu uczucia, a jednak to spojrzenie wydaje mu się niepokojąco znajome. Jakby świat człowieczy był jedynie wyobrażeniem bez znaczenia, a jego egzystencja zaledwie motylim bytem. Pamięć jednak odmawia współpracy.

     Ludzkie kształty wodnych istot tylko potęgują u niego zmieszanie. Próbuje odgadnąć ich zamiary, zdaje mu się, że czegoś oczekują, nalegają. To raczej wołanie. Stanowcze. Jakby skierowane wprost w jego człowieczą niepewność. Ta presja nie jest mu niemiła.

     Głębia nie ma końca, tu czas traci swoją złowrogą zdolność przemijania, odbierając śmierci jej wszechmoc. Ruch i bezruch w jednym. Powietrze jest zimne. Cienie wielkich drzew okalających jezioro kładą się na drżącej powierzchni.

     Dotyka wody stopą, jest lodowata. Bezczas nie potrzebuje ciepła.

     Jego ludzkie ciało wzdraga się przed zanurzeniem, ale wodne panny wzywają, wabią samą swoją obecnością. Lovro pragnie doświadczyć tego bezczasu. Wchodzi w lodowatą topiel, która wyciąga z niego ciepło.

     Płynie.

     Najpierw ostrożnie, jakby głębia była paszczą, która wessie go w swoje czarne trzewia. Ostatnie smugi ciepła rozpuszczają się w wodzie. Zimno dochodzi do kości, ale Lovro czuje ze zdumieniem, że w żaden sposób nie szkodzi to jego cielesnemu istnieniu. Dotknięcie ekscytacji, ledwo wyczuwalne, za to niewiarygodnie czyste, jak granatowa toń. Lovro przygląda się pływającym pannom, zdają się jednakowe, z jednej matki, żadnego ojca.

     Może rzeczywiście tak jest, tu wszystko zdaje się możliwe.

     Zwinne ciała, kobiece twarze o niepokojąco gładkich, regularnych rysach, przywodzą mu na myśl czujne drapieżne zwierzęta. Są obok, ignorują jego obecność, choć Lovro czuje ich uwagę całym ciałem, całym sobą. Chce przepłynąć nad nieskończoną głębią, choć myśl, że nie będzie w stanie dotknąć dna, jest niepokojąca. Przecież nie raz pływał w morzu, w jeziorze, gdzie do dna było dobre kilka sążni. Nie byłby w stanie tam zanurkować. A jednak głębia głębi nierówna, a raczej jej doznanie. Lovro patrzy w oczy jednej z panien, hipnotycznie duże, przewiercają go na wskroś, do kości. Czuje, jakby zlewał się z tą istotą, stawał się jednością z jeziorem, z kamiennym brzegiem, z drzewami o ciemnych koronach. Chłodne zespolenie pozwala mu wreszcie przepłynąć nad otchłanią. Gdy zbliża się do środka jeziora, nareszcie wie, czym jest nieskończoność. Wypełnia go, jest tak bliska śmierci, jak to tylko możliwe. A równocześnie jest wiecznym trwaniem. Juda przygląda mu się z uwagą, a on chciałby wtopić się w nią, wchłonąć ją, spełnić się w niej. Jego podniecenie mieści w sobie zarówno pożądanie jak i spokój, nie zostaje już miejsca na nic innego. Żadnych wątpliwości. Panna odpływa, nurkuje w głębiny, a Lovro ma uczucie, jakby odrywała się od jego ciała. Śledzi jej poruszenia, nabiera pewności, że niewidoczny szlak, którym płynie juda, to droga do jej świata.

     Myśli o tej podróży i wtedy wraca niepokój. Dotyk źródlanego prądu przywraca uczucie zimna. Budzi go chłód, rzeczywisty, uciążliwy jak pluskwy.

     [...]


(fragm. powieści Łotrzyca, KA 2020)

Łotrzyca


Pobudka

     [...]

     – Oż kurwa. – Powitanie wybrzmiało wraz z łoskotem drzwi otwartych kopniakiem.

     – Witam panów. – Łotrzyca rozejrzała się i poprawiła chwyt krótkiego miecza. – I żegnam. Klimko, wychodzimy.

     Liczyła na refleks Klimka i zaskoczenie pozostałych. To był plan A. Przeliczyła się, jak zwykle. Chłopak wstawał w ślimaczym tempie, a tymczasem mistrz ceremonii wraz z publicznością zdążyli ochłonąć.

     – Drwisz ze mnie? – Nachylił się w stronę vethenicy, mierząc ją złym okiem. – Nie ruszaj się, kmiotku – warknął do rekruta. Klimko zastygł.

     – Gdzież bym śmiała. Po prostu spieszy mi się.

     – Heh, my za to mamy czasu w nadmiarze, noc jeszcze młoda, co nie, chłopaki?

     Szczeciniasty odwrócił się w stronę kompanii. Chłopaki potwierdziły brzękiem żelaza i ciesielskiej urody komentarzami.

     Zasrani żartownisie.

     – Miło że wpadłaś. – Wyprostował się, znów założył kciuki za pas niebezpiecznie blisko jelca. – Bo trza ci wiedzieć, żeśmy są w potrzebie. Przyszło nam nawet do głowy, że z braku dziewki ten gładyszek nam się nada.

     – Dzban z ciebie.

     – Kto?

     – Ten, kto zawsze czuje się gorszy, wyfrajerowany i źle traktowany, w szczególności przez białogłowy.

     Dziesiętnik nigdy tak o sobie nie myślał. Fakt, niewiasty nigdy nie piszczały z radości na jego widok, ale od czego jest wojaczka, apanaże, a w ostateczności brzęcząca moneta, o argumencie siły nawet nie pamiętał. Owszem, był źle traktowany, bo przecież zasługiwał na więcej. A skoro zasługiwał, to tam gdzie była okazja, sam sięgał i reszcie wara od tego. Jednak dopiekło mu to, że szydziła z niego baba. Szydziła publicznie. Szydziła, a on nie mógł jej honorowo odpłacić, bo diablica nie miała żadnej honorowej zdolności. W dodatku jego riposty nie robiły na niej żadnego wrażenia. Za to ona robiła z niego durnia. I nie wiedzieć czemu, jej obraza piekła żywym ogniem.

     – Znieważyłaś mnie dwukrotnie.

     – I dwa razy powinno wystarczyć.

     Błagam, nie rób sceny.

     Zrobił. Zamłynkował przed nosem vethenicy wcale ostrym żelazem, splunął, nie trafił. Plwocina siadła smętnie na rękawie jej koszuli.

     – Nie machaj tak, bo mnie rozpraszasz.

     Uderzył tak, jak się tego spodziewała. W jego mniemaniu sprytnie, pługiem z lewej strony. Odbiła płazem i uskoczyła. Jej towarzysze zbyt szybko stracili poczucie rzeczywistości. Ruszyli z kijami i nożami na zaprawionych w burdach i bojach zabijaków. I się zaczęło.

     Okładali się na zmianę w stylu, który można nazwać ja-w-ciebie-ty-we-mnie-ja-kurwa-w-ciebie. Grym był naprawdę dobry, choć pod mieczem barczystego i zaskakująco gładkolicego chorążego z drąga leciały drzazgi. Wykorzystał okazję i wściekłym zamachem wytrącił przystojniakowi miecz z ręki, stal z brzękiem uderzyła w ścianę. Powtórzył cios, powalając przeciwnika.

     – Grym, nie daj się ponieść destrukcyjnym możliwościom narzędzia.

     Albo od ciosu stracił słuch, albo autorytet vethenicy nie był tak duży, jak sobie wyobrażała. A może pozazdrościł tamtemu urodzenia, stanowiska i urody, Drąg spadał z morderczo regularną zaciekłością, aż któryś kumpli dziesiętnika wycofując się, wpadł na Gryma. Zakotłowało się, klepisko nasiąkało krwią. Ivko i Grabek pracowicie wiązali tych, którzy zostali rzuceni na ziemię. Robili to nad wyraz sprawnie, widać, że praca na gospodarce, w szczególności pętanie świniaków i bydła, nie jest im obca. Ketri tymczasem zdążyła zaliczyć od szczeciniastego dziesiętnika prawy szczękowy. Stasz, widząc że ją mroczy, odwinął się i strzelił drągiem na oślep. Trafił. Co prawda w bark, lecz wystarczyło. Dziesiętnik stracił impet, a vethenica odzyskała jasność widzenia. Pchnęła z przyklęku. Ostrze miękko weszło w pachwinę, spieniona czerwień zalśniła na przeszywanych spodniach, wypełniła cholewkę trzewika. Klimko spłynął na klepisko, obok kilku innych nieszczęśników.

     Lamus budowali rzemieślnicy a nie partacze. Grube murowane ściany znakomicie stłumiły wrzaski i hałasy. Na zewnątrz tylko psy poszczekiwały, ale tak jakoś bez przekonania. Do czasu, aż jeden z niedobitych kaprali postanowił opuścić plac boju. Wtedy Ketri zaczęło się spieszyć. Podczas gdy Grym cucił Klimka, Hynek próbował przywrócić do życia niebieskookiego Ivka. Z marnym skutkiem. Ruszyła za zbiegiem. Drugi kapral, mimo iż był tak poobijany, że nie było za bardzo widać, z której strony ma twarz, spróbował bez większego przekonania stanąć jej na drodze. Vethenica była już zmęczona.

     – Mówiłam, że się spieszymy. – Postąpiła w jego stronę złowrogo miękkim krokiem. – Twoi kamraci widocznie nie słuchali zbyt uważnie.

     – To żegnam – wybąkał, usuwając się z drogi.

     – Niech rdza będzie z wami, zakute łby – wysepleniła, splunąwszy krwią na odchodnym.

     Nikt nie raczył odpowiedzieć na pożegnanie.

     [...]


(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022)


idźcie

amen

a teraz wystrugamy święte proce i

będziemy strzelać wasz bóg rozpozna swoich

będziemy strzelać z dystansu tym co posialiście

co nam wpadnie w ręce wpadnie do głowy

kaliber wielkich wartości


logos powtarzany wykrzyczany tysiąc razy

nie stał się rzeczywistością więc zamieniliście

go w kamień wyżłobiony słowem równie

martwy jak te celowane w kobiece głowy

amatorzy cudzej męki pieścimy suchymi

oczami żeby dobrze widzieć

cel

wal


a bodajbyście polecieli z czarnymi krukami

czeka na was zbocze z widokiem żeby

nie nudziło wam się przez wieczność

powiadam bierzmy i strzelajmy wszystkie

nie potrzebujemy wskrzeszenia umarłych

w nas


słowo staje się ciałem


(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)


Łotrzyca, t. 3

     [...]

     – To co, opowiesz, jak było? Może zaczniemy od końca, kogo chciałeś w tym dołku zakopać?

     – Pavlo – wystękał. – Pavlo Behner.

     – Kim był Pavlo Behner? – zachęciła.

     – To mój druh.

     – Musieliście się naprawdę bardzo lubić, skoro go zatłukłeś.

     – Nie zatłukłem.

     – Nie żyje.

     Nie odpowiedział.

     – Ulżyj sobie – Zoria znów szturchnęła go butem. – powiedz chociaż, że to był wypadek, nie chciałeś, nie wiesz, jak do tego doszło.

     – Nie chciałem...

     – Siadaj – Zoria przeszła na drugą stronę dołu. Zawiesiła ciężki wzrok na wystających z chaszczy butach. – Niełatwo za jednym zamachem wysłać na tamten świat konia z jeźdźcem.

     Slavko pozbierał się powoli. Siadł, gdzie upadł, spróbował wytrzeć o spodnie ubrudzone krwią i ziemią ręce. Nie poszło mu najlepiej.

     – Trochę sobie nagrabiliśmy w gospodzie – mruknął – i poszliśmy w galop.

     – Kupa śmiechu, nie? Im większa chryja, tym lepsza zabawa.

     Pokiwał smętnie głową.

     – Ty mnie masz za durną, Slavko – powiedziała słodko, jakby wąchała kwiatki. Slavko zmartwiał. Nie pamiętał, by się tej piekielnicy przedstawiał. – Już raz się pomyliłeś, co pięknie widać na twojej gębie. Więc zacznij myśleć. Zabójstwo herbowego to nie to samo, co zatłuc byle chłopa.

     – Nie zabiłem go.

     – Farmazony – stwierdziła krótko. – A dokładniej, to chciałeś zakopać ciało kumpla i paliłeś końskie ścierwo, żeby zatrzeć ślady.

     – Kłamstwo! – zapiał.

     – Wrzuciłeś też do ogniska naostrzone pale, na które nadział się kumpel. A to akurat było dobre. Swoją drogą to one nie wkopały się tam same, musiałeś przygotować je wcześniej.

     – Nic podobnego!

     – I tak jesteś kretynem. Pułapkę zmajstrowałeś, ale zapomniałeś o łopacie. Tak to jest, gdy się ma lewe rączki do pracy w polu.

     Młody wył. Ze złości, z bezsilności i z rozpaczy, jak zdołała się domyślić Zoria.

     – Mamy czas – Zoria rozsiadła się przy ogniu, udając, że wcale nie robi na niej wrażenia odór. Szturchnęła kijem spaloną końską kość. – Chętnie posłucham.

     Skończył wreszcie wyć, rozkaszlał się i wykrztusił:

     – To wszystko wina Olesi.

     To było do przewidzenia. Zawsze, wszędzie i wszystkiemu winna jest jakaś ona.

     Pavlo był mu jak brat, zawsze razem, w harcach, w nauce i w droczeniu też. Gdy zaczęli dorastać, Slavko czuł, że przestaje za przyjacielem nadążać, ten coraz częściej był lepszy. Jakby nad nim chmury zawsze się rozstępowały, odsłaniając niebo, a nad Slavkiem przekornie gromadziły. Zwinniejszy w szermierce, szybszy w wyścigach, gładszy w gadce. Tyle jego, że Pavlo miał pryszcze, a Slavko liczko jak nie przymierzając gładziutki kleryk.

     Po ojcu pewnie. Bo kapłani pośledniej krwi brzydcy byli jak nieszczęście.

     Te pryszcze nie przeszkodziły Olesi w przychylnym zerkaniu na Pavla. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie gorący afekt, który żywił do niej Slavko, potwierdzony zrękowinami.

     – Olesia mieszka we dworze, dwa stajania od folwarku, jesteśmy spokrewnieni z Radvilami po kądzieli.

     Zoria westchnęła w duchu. W wygnajewskim księstwie cała pieprzona herbowa warstwa była jednej krwi i po jednych pieniądzach. Liczyła garść rodów zaledwie, ale trzymała w szachu samego Krkovica, nie mówiąc o rzeszach wyrobników, na których pasła się jak wesz. Czasem głowy buntowały się przeciw wszom, jak choćby zeszłego lata na krkovskim Zarzeczu, co wcale wszy nie wytępiło. Aczkolwiek ogolenie do łysa było jakąś metodą.

     – I co ci takiego ta dziewczyna zrobiła, że jest winna tej śmierci? Ujmę na honorze?

     – No niby nic, ale Pavlo...

     – Co Pavlo? – Zrobiła się nagle czujna.

     – Jeździł tam, naprzykrzał się.

     – Wielka mi rzecz, jeździł. Miał ciebie o zgodę pytać? – Zoria nie liczyła na odpowiedź. – I wyszło coś z tego jeżdżenia?

     – Nie przystoi.

     – I kurwa tyle? A ja myślałam, że ta twoja Olesia zrękowiny zerwała.

     – Nie, gdzieżby!

     Slavko nie miał pojęcia, że amicus od serca zaiwanił wianek jego narzeczonej. Pięknie. Pavlo smolił cholewki, a Olesię powiesili. Choć w sumie to jednak Pavlo leży w krzakach i śmierdzi. Pierwszy powód zwykle nie jest tym właściwym, zaledwie rzecz uzasadnia.

     Zoria powiedziała, że mu nie wierzy, nic a nic. Zapałał świętym oburzeniem, co utwierdziło ją w przekonaniu, że kłamał. Wtedy mu oświadczyła, że nie wrócą do majątku, dopóki Slavko nie powie, o co naprawdę poszło. Mało nie rozpłakał się ze złości. Nawet nie dlatego, że go cisnęła, tylko o tę szablę, że mu ją wzięła. Że nie mógł tej zarazy po prostu zasiec i wrzucić do dołu. Wkurwiała go po całości, a on nie mógł, naprawdę nie mógł nic z tym zrobić. Poprzysiągł jej w duchu krwawą zemstę, a potem się przyznał.

     No proszę, złoci chłopcy razem spędzali próżny czas na drakach, razem rżnęli w karty. Do czasu.

     – Karta mi nie szła.

     – Trzeba było właściwie odczytać znaki od losu i wracać do domu.

     Żachnął się. Przecież straciłby twarz, braliby go za jakiegoś cieniasa.

     – Ile?

     – Co ile?

     – Skoro ci karta nie szła – Zoria nachyliła się, jakby chciała lepiej słyszeć odpowiedź – to ile pożyczyłeś, żeby się nie dowiedzieli, jakim jesteś kretynem?

     – Więcej niż sześćset groszy szerokich – kwota nie chciała mu przejść przez gardło.

     – Ile to jest na wasze?

     – Będzie z trzynaście grzywien krkovskich, wieś można kupić.

     – Z chłopami, czy bez? – Spytała.

     – No jak bez chłopów, to żadna wieś. Tylko z chłopami.

     Jasne. Rzecz nie w ziemi, nie w chałupach, tłoczniach, żarnach czy młynach, tylko w robocie. Żeby było kim orać i tłuc kamienie.

     – W domu się pochwaliłeś?

     Zmilczał. Znała odpowiedź.

     – Trzeba było mu ten dług odrobić.

     Spojrzał na nią, jakby z byka spadła.

     – Jak niby odrobić?

     – Nie wiem, iść do młyna worki nosić. Albo śrutować słód, wyciskać olej, filcować sukno. Pędzenia gorzały nie polecam, a na kowalskiego czeladnika jesteś zbyt dużym niedorajdą.

     – Kiedy herbowi nie pracują – odrzekł z przekonaniem. Do niedorajdy się nie odniósł, może wziął to za komplement.

     – Nie myślałeś, żeby z waszych chłopów i czeladzi więcej wycisnąć?

     – Karbowy zaraz doniósłby ojcu.

     – Wszyscy przeciwko tobie.

     Posłał jej mordercze spojrzenie. Zaśmiała się pod nosem.

     – Ciekawe, skąd młody Behner miał gotówkę.

     – Nie wiem, nie pytałem.

     – Czyżby jednak senior parał się handlem w mieście?

     – Zboże i drewno spławia, sukno, płótna i skóry chyba musi gdzieś sprzedawać. Zeszłej jesieni z tuzin wołów pognali na północ.

     – Do kiedy miałeś dług spłacić?

     – Na zimowy Spas.

     – Zapobiegliwy jesteś, miałeś jeszcze z miesiąc.

     – I niby skąd bym to wziął? – Wrzasnął.

     – Ale jak jego pieniądze brałeś, to już taka myśl ci do głowy nie przyszła – zauważyła Zoria. – A teraz tak gadasz, jakbyś musiał swoje oddawać.

     – A nie jest tak?!

     – Ty jednak strasznie głupi jesteś. Powinieneś iść w ślady ojca i kościołowi służyć, im pieniądz na drzewach rośnie. Sprzedają towar, którego nikt na oczy nie widział, a każą sobie płacić słono, w mig byś dług zwrócił.

     – Nie waż się tak o moim ojcu mówić!

     – Daj se siana, mogę gadać, co chcę, nic mi nie zrobisz – powiedziała zmęczonym głosem. – Miałeś przewalone, więc postanowiłeś pozbyć się obu problemów na raz; rywala i wierzyciela.

     [...]


(fragm. powieści Łotrzyca)

Zmierzchy, zmierzchnice


Czerwony Las

     [...]

     Bywały takie miesiące, że wilki przynosiły z Sierocej Polany więcej niż jedno nieszczęsne maleństwo. Szczęściem zdarzało się, że i przez pół roku izba stała pusta. Jagódki były podobne do Kwacza i beznosej córki sąsiadki. Czasem miały płaskie twarze, niewidzące oczy, wystające zepsute zęby. Były takie, które miały za dużo palców, zaś ręce i nogi innych nigdy należycie nie wyrosły, pozostając miękkimi kikutami. Niektóre Jagódki miały suchą popękaną skórę, inne tonęły we własnej ślinie i łzach. Wszystkie cherlawe i blade, a spod ich cienkiej skóry przebijała niebieska siateczka żył.

     To dla nich Thanaja szykowała swoje driakwie.

     Doprawiała do smaku miodem albo sokiem z leśnych malin. Jagódki czekały na tę chwilę, bo niosła im ulgę i zapomnienie. Czasem Thanaja przyglądała się dłużej którejś Poziomce czy Malince, jakby chciała się upewnić, że prócz ulgi i zapomnienia, niczego więcej nie wyczyta z ruchu warg lub uścisku rąk.

     – Janosku, zmieniłeś posłania naszym Jagódkom? – Pytała rankiem starucha.

     – Zmieniłem.

     – Janosku, zamiotłeś obie izby i kuchnię?

     – Tak, Thanaju. W piecu też napalone.

     – Trzeba nakarmić wilki. Zajmiesz się tym, Janosku. Mirketo, umyłaś nasze Malinki?

     – Tak, Thanaju, umyłam.

     – Dzisiaj razem nakarmimy Poziomki. – Wiedźma postawiła moździerz na stole. – Przyszedł już Czas.

     Dziewczynka szybko nauczyła się rozpoznawać czas, o którym mówiła stara. Czas, który miał ciężar i przyspieszał, gdy brzydka jak noc Thanaja zamykała się w maleńkiej izdebce za czarną kuchnią, preparowała miksturę, która pozwalała bezboleśnie przejść na drugą stronę. Kiedy ten Czas nadchodził, Mirketa ostatni raz myła i karmiła Poziomkę, a Janos ostrzył łopatę.

     Kobieta zmieszała starty korzeń szczwołu z pokrzykiem. Zawahała się przy ciemiężycy. Zmierzch gęstniał w godzinie między psem a wilkiem. Po obejściu po raz ostatni tego dnia przemaszerował czarny kogut z krwawoczerwonym grzebieniem nastroszonym jak ściągnięta brew. Żaden z wilków nie zaszczycił ptaka nawet spojrzeniem. Za to wrony miały używanie, dopóki kogut nie pokazał jednej i drugiej, że nie zwykł tolerować zaczepek.

     Zahukał puszczyk.


     Za pierwszym razem zgroza odjęła Mirkecie mowę. Dwa dni ją trzymało. Przysięgła sobie w duchu, że już nigdy, nigdy więcej nie odezwie się do Thanai. Prędzej ją jadami, co to je wiedźma w tajemnicy warzy, otruje. A potem przyszło otrzeźwienie. I ledwo słyszalne słowa staruchy. Dziewczynka przez wiele wieczorów słuchała opowieści o Jagódkach.

     Usłyszała też historię o niej i Janosku. Chciała bić bez opamiętania, najpierw staruchę, za jej okrutne słowa, potem siebie za wyobrażone winy, na koniec ojca i całą rodzinną wieś.

     – Problemy wyprowadza się do lasu i przywiązuje do drzewa. – Thanaja ujęła zaciśniętą w kamień piąstkę dziewczynki. Gładziła suchymi, gruzłowatymi palcami, aż napięcie zelżało. Mirketa nie potrafiła dłużej wstrzymywać łez. – Większość odnajdują moje wilki. Ale pod trawą Sierocej Polany ziemia jest biała od dziecięcych kości. Niektórzy mają szczęście, że są jedynie porzucani. Inni mają szczęście, że postronki są ciasne i wysoko zawieszone. Ten, kto je wiązał, znał się na rzeczy.

     Mirketa czekała na słowo pocieszenia. Nie doczekała się. Thanaja nie powiedziała, że rodzeństwo miało szczęście. Gładziła dłoń dziewczynki, jakby chciała zetrzeć z niej gorycz i wściekłość.

     [...]


(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022, oraz Wiedźmy, Fabryka Słów, 2023)


kairos 2

kiedy maria zaszła w ciążę wierzyła że jakoś to będzie

bardziej bała się aborcji niż dziecka na całe życie

jednak im bliżej było do rozwiązania tym bardziej chciała

wszystko odwołać to było marzenie niemożliwe

podobnie jak jej płeć i starszy brat


do dziś wraca do niej tamten potworny ból podłe

komentarze rzeźnicze chlaśnięcia i szycie ran bez znieczulenia

tamtej nocy była na wojnie i stoczyła bitwę o życie ich obu

blizny po cięciach czuła piętnaście lat czuł je też jej kochanek

były jak nagłe zgaszenie światła atomowy guzik unicestwiający

jej rozkosz przez kolejne dziewięć miesięcy rany wewnątrz ciała

wypluwały skrzepy wielkości wątroby milczeniem próbowała

zmusić je do nieistnienia nie chciała tego dla swojej córki


postanowiła zofię urodzić jeszcze raz

chemiczny sen rozlał się płytko pod skórą słyszała każde

słowo chirurga i anestezjologa ich przaśne dowcipy i komentarze

bezpiecznie wydobyto z niej dziecko ojciec pierwszy wziął je na ręce

sznureczek blizny na linii włosów łonowych zaledwie swędzi


za pierwszym razem położnik olał robotę a maria straciła

szansę na pełne życie w zamian za życie matki zofia zyskała swoje

i milknie gdy maria o tym napomknie lekarz w nagrodę dostał

program w telewizji pierwszy krzyk

gdy maria widziała na ekranie jego twarz i ręce

nie potrafiła wydobyć słowa umierała z bólu i strachu


dlatego zrezygnowała z telewizora



(ze zbioru córka ewy, siostra kaina)

Złotorogi


Zew

     [...]

     Vanja siadła przy zwalonym świerku. Musiała przysnąć, zmęczona wędrówką. Śniła o jarmarku, na który pojechali wozem zaprzężonym w dwa konie. Końskie rzędy lśniły miedzianymi kółkami, huśtały się czerwone harcapy i buńczuk ze złotą nicią. Wiatr tarmosił grzywy, podzwaniały dzwonki.

     Tamtego dnia Ambroz dał jej czerwońca, pozwolił kupić, cokolwiek jej się spodoba. Psuło jej radość, że to on zezwolił. On ocenił, czy dobrze wygląda, i towarzyszył jej na targu, nie odstępując ani na krok. On wiedział, kiedy i z czego powinna się cieszyć. On zdecydował, ile może wydać. I zdecyduje też o nadchodzącej nocy.

     We śnie też pojechała na jarmark z Ambrozem. Szedł za nią, pozbawiony prawa głosu jakby marzenia senne nie wystarczały na jego ożywienie. Miała na sobie batystową bluzkę z haftem, w której Ambroz nie pozwalał jej wychodzić. Tak jakby cudze spojrzenia mogły ją z czegoś okraść. Oglądała kupony sukna, barwne płótna, miękkie aksamity, czarne jak wzrok złotorogiego jelenia jedwabie. Zanurzała palce w puzderka z cekinami. Rozwijała wstążki i grubo tkane krajki. Nareszcie zatrzymała się przed kramem, gdzie stali sami mężczyźni. Ich lepkie spojrzenia wdzierały się pod cienki batyst, dotykały piersi.

     Na tym straganie kupiła sobie nóż. Za całe dwa złote. Nie żadne korale czy wstążki. Spory nóż z kościaną rękojeścią i cienkim czubkiem. Podnieciło ją zimne ostrze i myśl, że tkwi w niej materiał na awanturnicę, nie na żonę.

Zagwizdała wilga. Jarmark zniknął, przed nią wyrósł potężny, wypalony piorunem dąb. Zadarła głowę. Korona sięgała nieba. Drzewo wypuszczało listki na przekór śmiertelnemu wydrążeniu. Wyszła z niego smukła kobieta w jaskrawożółtej tunice. Czerwień jej ust przywodziła na myśl lipcowe maliny, a czerń ptasich oczu – bezgwiezdną noc. Vanja przyglądała się kobiecie w sennym zachwycie. Wydało się jej, że słyszy lekko drwiący głos.

     Ich zachcianki i oczekiwania nie są twoimi obietnicami ani powinnością.

     Zbudziło ją przeczucie czyjejś obecności. Wstała pospiesznie, chwyciła koszyk. Wilga gwizdała zaczepnie.


     Wytropił ją już tamtej jesieni. A z wiosną wróciła. Jej zapach był nie do pomylenia, a jego węch wielokrotnie wrażliwszy od ludzkiego. Mieszał się z wonią przestraszonych saren, zajęcy, leśnego ptactwa. I owczego kożuszka, który miała na sobie. Drażniący, dymny, z odrobiną szałwii i słonym kobiecym potem.

     Nie przejął się, że stracił ją z oczu. Między samosiejkami mignęła mu jej chustka.

     [...]


(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022)

Szary


Klęska Napoleona

czyli hic sunt leones


     Błoto urodziło się z zapłodnienia ziemi przez niebiański deszcz przy czynnym współudziale człowieka. Jeśli człowiek nie zabełta, to nie będzie błota. W Grecji potomstwo urodzone z takiego związku byłoby herosem. Im dalej od myśli klasycznej, tym bardziej rzeczywistość dominuje nad ideą. Błoto, zamiast heroicznego życiorysu i miejsca w panteonie, staje się miarą świata.

     Jednostka błota służy do mierzenia peryferyjności.

     Immanentną cechą błota jest lepkość i przyczepność. To cechy po ojcu i po matce, złączone w nową jakość i niemożliwe do rozdzielenia.

     Peryferyjność języka zaczyna się od grząskich tematów i obrzucania błotem. Na niepewnym gruncie wyrastają koślawe konstrukcje, a goście poruszają się chwiejnym krokiem. Trudne warunki środowiskowe zaburzają ocenę odległości i logikę. Wysiłek włożony w poruszanie się powoduje takie wyczerpanie, że na myślenie nie starcza już sił.

     Oprócz peryferyjności w mowie, myśli i piśmie, występuje także peryferyjność plastyczna, muzyczna, architektoniczna i urbanistyczna. Im więcej punktów błota na skali osiąga dane zjawisko, tym leży dalej od serca cywilizacji.

     Jest też peryferyjność komunikacyjna, która łączy tę mentalną z geograficzną. Kto wie, czy nie najbardziej dotkliwa, przez swoje totalne oddziaływanie. Gdy kończą się drogi, to w zasadzie kończy się świat, zaś na styku jego resztek i nicości tworzy się błoto. Po horyzont. Jeszcze przez jakiś czas da się podjechać, jeszcze od biedy da się iść, ale gliniaste koleiny, śliskie podłoże i złowieszcza lepkość chwytająca za buty czynią ten marsz coraz bardziej uciążliwym. Aż w końcu nie da się dalej iść. I nie ma po co. To rodzaj czyśćca, za którym znikają wszelkie szlaki, a pojawiają się lwy.

     Drogi najlepszej jakości kończą się na linii Odry. Drogi średniej jakości kończą się tuż za centrami naszych miast. Niezauważenie tracą gładkość, staranność poboczy i żwirowe wypełnienie, aż wchłonie je lokalne błoto, którego natężenie będzie rosnąć jednostkę na kilometr. Czasem wystarczą dwa kilometry, by ugrzęznąć po pachy. W tych zapomnianych przestrzeniach buduje się szałasy, ziemianki i domy z gliny. Potem się je pozłaca, rozpaczliwie próbując udowodnić, że żyje się w centrum świata.

     Społeczeństwo wyboru w zetknięciu z fatum błota staje się społeczeństwem losu. Nie składa się już z obywateli lecz z poddanych pozbawionych sprawczości i nadziei na poprawę losu. Tylko nieliczni próbują pielęgnować tę świadomość. Współplemieńcy nagrodzą ich za to tym co mają pod ręką, chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku.

     Przy uważnym badaniu można oddzielić niektóre ze składników: chaos, przemoc, nacjonalizm, uprzedzenia, narodowa depresja, a nawet takie drobiazgi jak brak organizacji wśród biedafaszystów. O oficjalnych strukturach państw nawet nie ma co mówić, bo to konstrukcje z jakichś gałęzi i starych szmat. Gdzieniegdzie stoją murowane niedostępne symbole lokalnej władzy opartej nie na konsensie, lecz na strachu i obietnicach bez pokrycia. Cała ta feudalna struktura opiera się na bezkarności wybranych i kornym posłuszeństwie reszty. To, co jest przemocą jako projekt, wywołuje przemoc rzeczywistą, wpisaną w odgórnie uświęconą hierarchię. Zwłaszcza wobec słabszych - kobiet, dzieci, chorych, obcych oraz wobec niższych warstw społecznych. Nawet peryferyjny bóg wymaga miłości z pistoletem mąk wiekuistych przystawionym do głowy wiernego.

     Na peryferiach względnie łatwo wpieprzyć komuś, choć nawet nie wiadomo w imię czego. Jeszcze łatwiej zalać pałę. Wtedy można poczuć, że się żyje jak człowiek, nie jak zwierzę.

     Napijmy się. I chuj.

     Pojedyncze drogi dobiegają w znośnym stanie do Bugu, by na drugim brzegu zaniknąć, ustępując miejsca wschodnioeuropejskim peryferiom w pełnej okazałości. Podróż na południe też niewiele zmienia.

     Zdjęcia z frontów wojen są pełne błota. Podobnie zdjęcia z nazistowskich obozów. A także masowych grobów na Bałkanach i ukraińskiego głodu. Mnóstwo dowodów, porażających i całkiem drobnych, wręcz intymnych, świadczy o przemożnej, wszechogarniającej sile błota.

     Peryferyjne myślenie spowodowało, że samolot zarył w błocie pod Smoleńskiem.

     Ilość przechodzi w jakość. Nie należy lekceważyć siły błota w Europie.

     Napoleon ruszył pod Moskwę jesienią. Szedł, szedł i szedł. I pewnie by doszedł, gdyby nie to błoto po horyzont. A potem przyszedł mróz i spadł śnieg, przyrodni bracia błota.

     Ale to już inna historia.


oczko

rozjeżdżone niebo nie trafiam w zodiak tylko

w oko fortuna ślepnie może to i lepiej zwędzę

jej sprzed nosa kurę choćby złote jajko

znaczoną talię a zostawię porachowane kości


mówisz że jestem cygańskie szczenię ostatnie

z miotu że znalazłeś mnie w koleinie po

taboryckich kołach pachniałam mlecznie

popiołem gryzłam rękę która karmiła


zawsze zabierasz śmieci z drogi?


recykling odruchów w pobłoconym pierścionku

z końskiego włosia łypie żabie oczko

mości mieści mi się na palcu dorosłam

czytanie słów z siennika zabieliźnione rano


mleczna droga odwrotu uważaj spadające

gwiazdy roztrzaskują marzenia po niebieskich

koleinach liźnięta panna ujeżdża byka

a zodiakalny wiatr czochra zwodnicze włosy



(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)

„Ryby starsze niż ludzie”


Odległość

     [...]

     – I co z tego masz? – zapytała Ketri, korkując naczynko.

     – To, czego nie da mi Juraszek – odrzekła Kachna wcale bystro.

     – Rozkosz?

     Dziewczyna zaczerwieniła się, skubnęła nitki wystrzępionej zapaski.

     – Tylko tyle?

     Podniosła oczy na vethenicę.

     Aż tyle.

     – Warto?

     Pokręciła głową, ale jakoś tak bez przekonania.

     – Więc daj spokój. Zapomnij.

     – Nie umiem. Co dzień se obiecuję, a gdy tylko rzekę widzę, to jakby mnie kto wołał, za włosy ciągnął.

     – Bo i woła. I ciągnie. A ty nie patrz. – powiedziała oschlej niż by chciała. Żeby to było takie proste. Nie widzieć, zapomnieć, zacząć żyć. Prawda, mamo?
     – Nie mam sił. – Dziewczyna położyła dłonie na brzuchu. - Bo mnie, o, tutaj tak pali, jakbym żywy ogień niosła.

     – Tym smarujesz nadgarstki. Twojej pannie odechce się chwytać cię za ręce. Możesz się nawet cała posmarować, żeby ją porządnie zniechęcić. Gdybyś jednak chciała się tym najeść, żeby dotrzeć przez żołądek do serca, to odradzam. Co tak na mnie z byka patrzysz? Tu masz ziarenka olibanum. Powinny wystarczyć do wiosny, a wiosną… może już nie będą potrzebne. Kładziesz je na rozżarzone węgielki, wtedy dymią. To taki dym zapomnienia, trochę ty zapomnisz, trochę ona. No nie… Nie mów mi, że nie chcesz, żeby zapomniała. Durnaś, dziewczyno. Myślisz, że jesteś dla niej czymś więcej niż kaprysem? Miej litość. Mówiła, że cię kocha? Nie mówiła. A jednak jesteś durna.

     [...]


(ze zbioru opowiadań Czerwony Las, FDF 2022)


neurony

maria lubi wypatrywać ryb w stawach i strumieniach

to musi być pierwotne uczucie ryba w wodzie nikogo

nie pozostawia obojętnym posiłek trofeum zagrożenie

obcość czasem piękno ruch vs bezruch woda czysta lub martwa

maria nie lubi nawet myśli że ryba mogłaby złapać ustami haczyk

a ostrza wbiłyby się w delikatne policzki żyłka ciągnęłaby

cały jej rybi ciężar powoli rozrywając tkanki maria zna to uczucie

gdyby maria była głodna

chciałaby rybę z ciosu nagłego i
niespodziewanego najlepiej nożem w serce



(ze zbioru córka ewy, siostra kaina)

Kobieta z wąsem, bobrem i kotem


xs

bransoletka łańcuszek słóweczka dla kobietek

w domkach kawusia kiciusie domowe ciało z rodzynkami

kobiety o dziecięcych twarzyczkach głaskanie

po główkach obrączki torebki paski i klapsy

piersi którymi nie karmią

paznokcie którymi nie mogą

stopy które nie potrafią

szyje które nie dają rady

usta którymi nie smakuje

klitoris która nie może

rzęsy z martwych ptaków


pieniążki do portfelików

(niewiele się tam mieści)

implant import wiano wieniec

sałatka ze złością i sezamem w gardle

(bez smaku jakieś)


tak trzymać

i będzie nam dobrze


Dziki bez

     [...]

     – Pokażę ci coś.

     Ruszył wąziutką kozią ścieżką między skałami. Przedarli się przez nadbrzeżne chaszcze. Cykady dopiero się rozgrzewały, słońce nieledwie wychylało się zza linii skał. Dzień zapowiadał się upalny. Jeszcze tylko trzcinowisko i przed nimi otwarła się zatoczka z resztkami murów na skalistym szczycie. Vranko rozbierał się jakby nigdy niczego innego nie robił. Patrzyła na jego smagłe atletyczne ciało bez zakłopotania. Po chwili i ona była naga. Wspiął się niezbyt wysoko, gestem zawołał ją do siebie. Przestraszone ptactwo poderwało się z wyszczerbień muru. Skoczyli razem, byle jak, ze śmiechem rozbryzgując przejrzystą wodę. Zanurzyli się, Ketri czuła wokół nóg zimny prąd i łaskotanie wodnej trawy. Tutaj ryby były ogromne i odważne, a rośliny bujne. Pod wodą Vranko nie chciał puścić jej ręki. Mogła wyrwać ją z łatwością, nie zrobiła tego. Wskazała ogromnego szczupaka. Przyglądał się im, nieruchomy jak kłoda. Pozwoliła się prowadzić, aż pod stopami poczuła dno. Woda była tu cieplejsza, nurt prawie zamarł. Vranko objął ją, nareszcie wsunęła palce w jego mokre skręcone włosy, wyślizgiwały się spomiędzy palców jak małe węgorze. Drżała. Uśmiechnął się na widok jej gęsiej skórki. Jego tors był gładki, jakby chłód wody nie przenikał przez jego skórę. Zazdrościła mu. Przytrzymał jej głowę w dłoniach. Puls cykad przyspieszył, płań zamigotała trącona podmuchem. Nagły skurcz serca, Ketri patrzyła w kare oczy Vranka i nie chciała się budzić. Zbyt wolno podnosił miodowe powieki, zdążyła zlizać słodycz, już płynęła z nurtem krwi, tętniła, odbierając oddech. Kropla światła w źrenicy, kiełkujący zarost zaskakująco miękki, jego dłonie pieściły starymi słowami. Rozchyliła uda.

     Wrócili do łodzi, gdzie przywitały ich znaczące spojrzenia.

     – Wsiadaj, czas nas goni – ponaglił Vranko.

     Zrobiła to z ociąganiem.

     [...]


     (fragm. opowiadania Dziki bez)

Modlisz Ka


małopole

(przedmurze)


w niedorzeczu wisły bociany zjadły przez przypadek

moją pępowinę i teraz muszę tu tkwić spętana klątwą

miejsca na tabliczce złorzeczącej zapisano rozstrzelanym

drukiem osobisty numer przekleństwa płeć i do kogo

należę moszczę się na wypalenisku stąd dobrze widać

nadciągające hordy spodziewam się ich tędy mają

najkrótszą drogę do virtuti militari a najdalszą do

florence nightingale znowu idą koprokolor koszul

monokultura z bezpłciową fragmentacją plechy i

z dzieworództwem na sztandarach w kolorze krwi

czyjej


no i co gardzisto od zadawania boleści służę

częstuj się zupą z podgrobków jadalne raz

a dobrze na drugie kopytka wyciągnij stuknij

trwają dożynki zaduszki plamy ciemnieją na

ciasnej rozmiarówce ze skarlałym orzełkiem

dla odosobników


próbuję wlać olej wstukać młoteczkiem

w wydziobane oczodoły juranda wypchane

sianem a więc to jednak sianokosy

znasz sprawę z trzeciej ręki tej odciętej

za kradzież albo fałszywe świadectwo


idź się utop

łyżka wody na starość

wystarczy



(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)

Bóg, honor, mężczyzna


kyrie elejson

wyrzekam się ciebie

ojcze z nieba boże

synu niszczycielu świata boże

święta trójco jedyny boże

wyrzekam się ciebie z ulgą niewysłowioną


synu ojca okrutnego – wyrzekam się ciebie

płodzie w łonie nieletniej matki przez ducha

świętego utworzony – wyrzekam się ciebie

upadły majestacie – wyrzekam się ciebie

świątynio złudzeń – wyrzekam się ciebie

przybytku od którego boli ciało – wyrzekam się ciebie

bramo piekieł – wyrzekam się ciebie

odwieczne pożądanie władzy – wyrzekam się ciebie

gorejące ognisko nienawiści – wyrzekam się ciebie

niesprawiedliwości i okrucieństwa skarbnico

– wyrzekam się ciebie

dobroci i miłości pozbawionego – wyrzekam się ciebie

hipokryzji bezdenna głębino – wyrzekam się ciebie

który myślisz że jesteś własnym słowem
– wyrzekam się ciebie

z powodu słów twoich bezlitośnie

wprowadzanych w czyn – wyrzekam się ciebie

w którym sobie ojciec bardzo upodobał

– wyrzekam się ciebie

w którym mieszka cała pełnia bóstwa

– wyrzekam się ciebie

z którego pełni spragnionym nic nie było dane

– wyrzekam się ciebie

cierpliwego w zadawaniu cierpień – wyrzekam się ciebie

pobłażliwego dla ślepo wierzących – wyrzekam się ciebie

hojnego dla namiestników – wyrzekam się ciebie

skąpego dla potrzebujących – wyrzekam się ciebie

źródło cierpień i zakłamania – wyrzekam się ciebie

szukającego w nas grzechu – wyrzekam się ciebie

przymykającego oko na nieprawości w twoim

imieniu czynione – wyrzekam się ciebie

ślepego na zbrodnie w twoim imieniu popełniane

– wyrzekam się ciebie

rozgrzeszającego zbrodniarzy – wyrzekam się ciebie

przyglądającego się bezczynnym – wyrzekam się ciebie

karzącego kobiety – wyrzekam się ciebie

wymagającego posłuszeństwa aż do śmierci

– wyrzekam się ciebie

podpalającego stosy – wyrzekam się ciebie

źródło braku nadziei – wyrzekam się ciebie

obietnico bezsensownej śmierci i ukradzionego życia
– wyrzekam się ciebie

wojno i konflikcie – wyrzekam się ciebie

krwawy sędzio – wyrzekam się ciebie

zwodzącego tych którzy pokładają w tobie nadzieję

– wyrzekam się ciebie

zwodzącego tych którzy wierzą w życie wieczne
– wyrzekam się ciebie

rozkoszy pełnej przemocy

– wyrzekam się ciebie


świętuję lekkość nadgarstków z bliznami po kajdanach

czystą pustkę w sercu głęboki oddech bezczelny orgazm

i umysł wszechmogący

teraz nareszcie żyję i króluję sama sobie amen

(czarna owca córka ewy siostra kaina)



(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)


nie jestem w nastroju

bóg się rodzi mocno chleje pan niebiosów

obrażony woli posłuszeństwo od miłości

i współczucia pomylił się lepiąc z błota na swoje

podobieństwo wtedy nastał dzień recyklingu

a z błędu powstała ewa


logos gaworzenie zdania bezsensownie złożone

w ofierze kochanki matki córki synowie ludożercze

zachcianki wymioty gdy spodziewa się nowego świata


słucham z przejęciem jak babka czyta o spaleniu

synów w kotle z olejem i płaczę nad ich nieszczęściem

które radowało boga a przecież

ocalał ten najmłodszy

rzecz nie w ocaleniu

obowiązkowa lektura wanitatywna z dobroci serca

by poczuć pełnię wdzięczności pojąć sens poniżenia

nie rozumiemy się jeszcze tego nie wiem


tytularny sługa boży kroczy po ziemi tej ziemi ociera się

czarnym jedwabiem o insult pod spodem chorobliwa

ciemność całowanie dłoni pierścieni ćwiczenia w klęku

w lęku w lamusach owiec modlitewne postronki

przydatne na co dzień

kult krocza


nie po raz pierwszy

jezus przewraca się w grobie


gdy dosięga mnie jego boski zamysł mam czternaście lat

i nie przyjmuję własnej krwi do wiadomości

zbeszcześcić

planuję to między głową, lewą ręką a miękkim

podbrzuszem połowy ludzkości


(ze zbioru Zdrowaś, KiT 2024)

Zwycięzcy


libidogram

(marzenia o omnipotencji)


procedury waszej miłości uczycie trzymać

grzechotkę jak karabin preferowana praworęczność

seria błędnych kroków gra w rasy w płeć


zazdrośni

w odwecie zabijacie nasze dzieci po domach i na frontach

mięso białko reaktywne hemoglobina z tendencją do umierania

przeklęci

wchodzicie na rympał z butami z kijem i pałką śmiejecie się zbyt głośno

w głębi zwłókniałych serc zapewnienia o czułości brzmią niezręcznie

niech wasz bóg nauczy was strugać synów twardych i nieczułych

pełnych drzazg i sęków na wasze podobieństwo lepić ich ze słomy

i gliny bezdusznych i bez serc z lekkim stopniem odczłowieczenia

ciosać ich z granitu znakomity materiał odporny na wilgoć i żar

będą powolni i ciężcy niepokonani bez skłonności do przedwczesnego

zgonu


w nich będziecie mieć upodobanie

wreszcie

dacie nam spokój do chuja pana i kurwy nędzy


(ze zbioru Zdrowaś, KiT 2024)


defenestracja

serio

mam liczyć zdekapitowane kwiaty doliczyć

się czterdziestu czterech biało czerwonych

czyścić domestosem krwawe sumienia

puszczać w niepamięć upiększać

pozostawiony po was finis mundi


za żadne skarby


zgromadzę stosy szmaty łodygi głowy główki

puszczę z dymem zmrużę zołzawione oczy

z zardzewiałego żelaza wykuję kosę na sztorc

i pokażę wam jak się w mojej tradycji zamiata


po moim trupie


nie pozwolę zacierać śladów niszczyć deliktów

otworzę szafy zajrzę w studnie spuszczę jeziora

by policzyć szkielety co do kosteczki

a wy lepiej idźcie spać na drzewa


kwili żalejka


nad szczerbatymi schodami wieje jakby czart

się żenił a ja wietrzę z okna rzucam na wiatr

popioły szare i czarne i złorzeczenia prababek

sól w oczy i kamień w zęby


(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020

Podwodny Świat - Vilina Woda


czarne morza

kiedyś to były muszle a teraz to nie ma

nie ma i nie będzie i co pan mi zrobi


smutek cykad nad wysychającą rzeką

to niesprawiedliwe to nie my to oni ci przed nami

a mówił ci ktoś że świat nie jest sprawiedliwy a przyroda nie zna moralności

litości


pod stopami grząsko i kolorowo zaczipowane ryby oszukują głód

granolą granulek wielokrotnego użytku zanurzam rękę

pecefałowe meduzy parzą z półwiecznym opóźnieniem


nie wystarczy rozliczyć ss i wermacht chciwców o sercach z węgla z ropą

zamiast krwi ich diamentowe oczy się nie pocą złoto nie śniedzieje

rdzewieje


oferta nadal aktualna odkąd sięgamy pamięcią i słowem królestwo bitcoinów

za zatrzymanie czasu królestwo wiekuiste post mortem dla biedaków

przywiozłem znad morza sól we włosach i piasek w tyłku

brałem bez wahania ostatnie ziarenka


kiedyś to był chociaż piasek w oczy

dziś mamy głodne kawałki


chyba śnię

księżyc wrósł we włosy nie próbuję

go wyczesać sny mam ciemne jakby

w tamtym świecie nie było słońca

geografia wysp ze zwichrowaną grawitacją

krzywi schody daje samochodom wolną

wolę a potem zastyga w pół z nieobliczalną

hydrauliką i moją własną techniką latania


zalecany zbyt daleko idący sceptycyzm

do granic nieprzytomności


gubię się choć co noc rozstawiam drogowskazy

sypię kruszyny chleba wlokę księżycową nić

wyciągam rękę w pustkę pakuję nieprzeliczoną

ilość rzeczy wyrastają w kątach i szufladach

jak pleśń karmione ciemnością i wilgocią nie

mieszczą się w torbach walizkach workach

odłamki świata bez których ten nie zadziała

rozdrażnienie i pośpiech pociągi chybiają celu

a ja nie pozwalam zmarłym umierać choć gniją

im ciała i zarosłe groby zaczynają się zapadać


nie pamiętasz o mnie a ja szukając naszej

ulicy zbieram porzucone dzieci są wielkości

dłoni jeszcze żyją choć zapominam je nakarmić

martwi mnie że pracowicie gromadzony śmietnik

przepadnie pociągi odjadą beze mnie a znajdy

nie dożyją jutrzejszej nocy mijamy się o włos

rano wykrzyczę ci moją samotność



(ze zbioru Żałoba po kocie, FDF 2020)

Podwodny świat – miasto snu


możliwe

gdy uderzasz w skaliste dno burzą się fale

i kołtuni niebo ostrza trójzębu sypią iskry

szczerbią się o skały chłoszczesz ocean wierzga

aż drży ziemia twoja złość jest piękna tylko siąść

i śpiewać bo między nami woda gdy odrzucasz

głowę sploty morszczynów pachną gorzko solą

szmaragdowy wzrok sięga dna ślizga się po

grzywach uderza w ląd na horyzoncie

a gdzie nasze przymierze


nurkuję w głębiny gdzie niegdysiejsi surferzy gonią za

błyskami syrenich łusek i bladą zielenią piersi pełnych

turkusowego mleka wypłukane spojrzenia bezgłośne

zawołania w ich warkoczach muszle nitki trawy morskiej

w koralowych paciorkach wypatruję burzowych oczu

trytonów o atletycznych torsach i gładkiej skórze delfina

na szyjach falują bursztyny na sizalowych niciach a ty

odprawiasz mszę wydajesz rozkazy ułaskawiasz i

skazujesz galeony fregaty pancerniki transportowce

bombardy armaty falkony moździerze haubice wypłukane

szkielety strzaskane burty skrzynie twoje żniwa złoto rzucone

w piach perły przed kałamarnice zardzewiałe brzeszczoty

wypełnione amfory załadowane kontenery zepsute zabawki

suchych dzieci pozbawionych poczucia humoru i wyobraźni

pełnych wiary w dobre wróżby w święconą wodę

w dziewictwo honor i boskie nasienie z kosmosu


trytony zaglądają do kapitańskich kajut w niecnych celach

syreny wygniatają butwiejące łóżka nagość ogonów głęboka

zieleń ust i sutków tańce na masztach bocianie gniazda pełne

ryb prąd porusza zetlałymi żaglami proch miesza się z piaskiem

sperma z ikrą trytony w oficerskich czapkach bez otoków


ocean ugina się pieści między udami łudzi oddaniem

by połknąć wody opadają zanurzasz się splatam nasze

włosy z morską trawą zawijam ich pierścienie jak

kotwiczną linę zawieszenie broni na tęczowym kołku

być morze