Wystawa przedstawia dzieła sześciorga artystów z krańców Polski — z północy, południa, wschodu, zachodu oraz centrum. Ich drogi krzyżują się, mijają, czasem biegną przez chwilę równolegle. W miejscu zetknięcia nie powstaje kompromis, ale nowy środek — przestrzeń intensywna, pełna znaczeń i napięcia.
Kuratorka: Aleksandra Kus
Artyści: Renata Mozołowska Haciuk, Damian Kłaczkiewicz, Ka Klakla,
Agnieszka Pszczołowska, Julek Oleander Lewicki, Aleksandra Kus
Każdy niesie własną tożsamość: prywatną, społeczną, artystyczną, cielesną.
Tożsamość nie jest stanem — to proces, ruch, napięcie między tym, co nazwane, a tym, czego nie da się ująć w słowa, a często niewyrażone mówi najgłośniej.
Każdy z twórców nosi własną historię — czasem długo przed tym, zanim zrozumiał, że to podróż na całe życie. Kształtują ich doświadczenia: codzienne, unikalne, piękne, trudne i traumatyczne.
Każdy żyje w określonym środowisku — społecznym, kulturowym, intymnym. Dopasowuje się do niego, płynie, walczy z nim, przekształca je lub prowadzi.
Każdy wyznacza własne terytorium i granice: miękkie, płynne lub ostre — wynikające z pamięci, języka, lęków, rytuałów, przeżyć i momentów granicznych.
Ich twórczość jest konsekwencją emocji i doznań — chcianych i niechcianych, bolesnych, zachwycających, tragicznych czasem niezrozumiałych.
Pozostają po nich strupy — łatwe do zdrapania — i blizny: czasem stwardniałe serce, czasem zgrubiała skóra, czasem wrażliwość na dotyk i pamięć o gojącej miłości.
Blizna nie musi być zamknięciem.
Może być opowieścią o przetrwaniu.
Każdy z artystów wędruje po pograniczach. Tam rodzi się czułość widzenia. Tam zaczyna się transgresja — ruch poza to, co znane.
Nie tworzą jednej narracji. Tworzą wielogłos. I każdy głos ma prawo być.
Wszyscy artyści wyznaczają granice i kierunki, z których przychodzą, ale to w środku — w miejscu spotkania — ich głosy zaczynają tworzyć przestrzeń wspólnego patrzenia.
Renata Mozołowska - Haciuk
Artystka ze Wschodu
Damian Kłaczkiewicz
Artysta z Zachodu
Szum ‒ twór zaczerpnięty z telewizorów, zakłócenie powstałe w wyniku poszukiwania sygnału. Te migoczące i skaczące fragmenty rzeczywistości w moich pracach są metaforą przepływu danych i myśli, w których my sami i cały świat jesteśmy zanurzeni. Szumy pojawiają się jako element wszechobecny; spośród płynącego strumienia zdarzeń, zachowań trzeba dokonać wyboru, który staje się kolejnym elementem szumu. Szum jest również coraz szybszym i rozedrganym światem, który nas otacza i w którym trudno odnaleźć jakieś stałe wartości. Jesteśmy w nim zagubieni i ciągle czegoś poszukujemy. Jak małe dzieci płyniemy w jego środku i szukamy głębszego sensu, nas samych oraz środka zdarzeń, w jakim właśnie się znajdujemy.
Ka Klakla
Artystka z Południa
Ona wie. Jest współczesną wiedmą — tą, która czuje więcej i głębiej, a swoje odczuwanie potrafi opisać, przełożyć na obraz i nazwać w sposób bezpośredni, czasem bolesny. Wchodziła w świat w pełnej bezbronności, z ufnością i nadzieją, ale zbyt często spotkała się z rozczarowaniem, na które wciąż nie potrafi się zgodzić i zamierza o tym mówić poprzez swoją sztukę. Od lat bada siebie, mierząc się z wszystkim, co ją otacza: historią rodziny, własną tożsamością, presją płci, oczekiwaniami, systemem i społeczeństwem. Intensywnie, czasem aż do bólu, doświadcza realności, a w trakcie tego procesu uruchamiają się w niej skrajne emocje — te, o których pisze, mówi i które przetwarza w obrazy.
Agnieszka Pszczołowska
Artystka z Północy
Julek Oleander Lewicki
Artysta z Centrum
Tryptyk ilustruje historię rodzinną, jednocześnie bezpieczną i niebezpieczną. Artysta jest młodym twórcą, nieoszlifowanym w procesie kształtowania własnej tożsamości, silnie i odważnie reagującym artystycznie. Walczący z własną przeszłością, tworzy prace surowe, szczere i intensywne — jakby poddawał siebie testom wytrzymałości. To środek dopiero formujący swój kształt. Tryptyk Julka Lewickiego to jedna z najbardziej osobistych i brutalnie szczerych wypowiedzi w ramach wystawy „Czuję się w środku”. Młody artysta, eksplorujący własne doświadczenie transpłciowości, przemocy i dorastania w nieprzyjaznym środowisku, tworzy pracę, która nie tylko odsłania, ale też konfrontuje widza z emocjonalną i cielesną prawdą, której nie da się łatwo oswoić.
Aleksandra Kus
Artystka z Centrum
Prace artystki odsłaniają emocje dorosłej kobiety, matki i doświadczonej twórczyni, która dojrzewała latami do tego, by pozwolić sobie mówić własnym głosem. Każda rzeźba jest tu aktem zdejmowania kolejnych warstw — tych, które z czasem stały się zbroją, a które dopiero teraz zaczynają pękać, odsłaniając kruche, autentyczne wnętrze. Poprzez struktury i drobne elementy, zauważalne tylko dla wnikliwych osób, wyraża swoje emocje. Poprzez różnorodność rzeźb pokazuje szerokie spektrum rozważań o swoich rolach i wewnętrznych dyskusjach. To proces powrotu do siebie: do pamięci, intuicji i wrażliwości, które przez lata pozostawały ukryte pod rytmem obowiązków, rolami społecznymi i narzuconą cichością. Po raz pierwszy jej prace pozwalają jej pokazać prawdziwą siebie — tę, którą dotąd trzymała „w środku”, dbając, by nikt nie zobaczył zbyt wiele.
Na pewien czas zostałam sama.
Z myślami, bez znajomego rytmu spania, jedzenia i picia. Bez obowiązków. Bez potrzeb. Sama dla siebie. Zniknęło otoczenie, i bliscy, i dalsi. Myśli popłynęły i dotarły.
Nie muszę nic i mogę nic. Ale czy chcę i czego właściwie chcę?
Codzienna rutyna nadawała kierunek, gdy jej brakło, niczego nie muszę.
Przyglądałam się temu z zaciekawieniem.
Zderzenie myśli z wolnością przeniosło mnie do środka. Jeżeli nic nie muszę, to zrobię tylko to, co chcę. Jednak żeby dowiedzieć się, czego chcę, muszę zastanowić się, co czuję.
Milion pytań, na końcu wciąż to samo: czego chcę? Co czuję?
Jeżeli to, co czuję, jest tym najważniejszym, to dlaczego zawsze to omijam? Byłam na siebie zła, że o sobie zapomniałam, ale myśli toczyły się dalej.
Zaprowadziły mnie do miejsc i ludzi, do potrzeb i pragnień, do słów rzucanych mimochodem, między wierszami, czasem prosto w oczy. Te myśli łączyły się w jedną, która rosła, pojawiała się w snach i była natrętna, aż nie dawała się już wyrzucić ani zapomnieć, nawet gdy wrócili moi bliżsi i dalsi oraz codzienne obowiązki.
Wiedziałam już, że muszę odkopać się z warstw którymi obrosłam i dać sobie siebie. Poskładać na nowo kobietę, która ma na sobie ślady przeszłości i która chce pójść w przyszłość ze sobą, nie zapominając o tych, których spotkała po drodze. Ludzi, przypadkowych lecz nie przypadkowych, którzy kiedyś się pojawili i rzucili kilka słów mimochodem, zapadli w pamięć, w serce, poukładali się na mojej wewnętrznej mapie.
Dlaczego na mapie? Ta myśl jest nieco obsesyjna, ale porządkuje mój świat.
Całe życie umiejscawiałam się na mapie, a teraz? Teraz, gdy trafiłam tu, gdzie jestem, nie potrafię odnaleźć kierunków, czuję że moja mapa się kręci. Kierunki nieadekwatne, nierozpoznawalne, Łódź się okręca, ja kręcę się razem z nią. W środku. Jakbym była igłą kompasu, a właściwie trzpieniem, na którym ta igła się opiera. Zawsze pomiędzy, w środku.
Dlatego zrobię o tym wystawę, nie taką suchą, kilka rzeźb i parę rysunków, bez wyrazu i znaczenia. Niech opowiada o tym co ważne, o tym co zapomniałam, o tym jak czuję się w środku. I niech mapa będzie moim drogowskazem.
A dlaczego nie sama?
Pierwsza myśl, to ta, że dzięki magnetycznej sile łączę kierunki.
A może wydaje mi się to zbyt zuchwałe, by zrobić to w pojedynkę?
A może zuchwała jest myśl o tej łączącej sile?
To dla mnie byłoby zbyt małoduszne i tchórzliwe zlekceważyć rzucone mimochodem słowa: „a może kiedyś byśmy coś razem zrobili”, „dobrze się gada, może kiedyś, coś”, „ja za tobą jak w dym”, „no to kiedy?”
Czuję te słowa w środku i tylko z nimi umiem od nowa ułożyć mapę.
Natrętna myśl nie odeszła. Przekształciła się w ekscytację i podszepnęła mi kolejną - już czas.
Aleksandra Kus
rzeźbiarka i kuratorka wystawy