
Z proletariackiego Krakowa.
— studia magisterskie i doktoranckie na Wydz. Architektury PK
— studia pedagogiczne literackie
— studia podyplomowe UJ
— nikomu niepotrzebne uprawnienia: nauczycielki przedmiotów technicznych, rysunku, plastyki i fotografii, kierowczyni, kasjerki walutowej, certyfikat Prompt Engineer AI oraz nieuznawane formalnie kierunki, których wymaga życie.
Jestem w trakcie specjalizacji „Zarządzanie nieodwracalnymi stratami osobistymi”. Stałam za barem w upadłej knajpie i pracowałam w biurze produkcji „Listy Schindlera”. Byłam bezdomna i latałam klasą business do LA. Bywałam petentką w MOPSie i stypendystką ZAiKSu. W poprzednim wcieleniu byłam karpackim chwastem.
Jestem głęboko niewierzącą, wielokrotnie zaszczepioną turbofeministką, cyklistką i lewaczką uczuloną na kseno-, homo- i transfobów, mizoginów, rasistów oraz myśliwych. Nie do końca jestem pewna, czy żyję we właściwym ciele. W bardzo głębokim i czarnym poważaniu mam kk, patriotyzm, dumę z urodzenia oraz wszelkiej maści sportowców. I fakt, że trenowałam sporty walki w niczym tu nie pomaga. Nie toleruję teorii spiskowych, kreacjonistów, płaskoziemców, denialistów, antyszczepionkowców ani wszelkiej maści foliarzy. Miewam dzieci, własne i cudze, koty po przejściach, kuny, myszy, szczura, szerszenie i pająki. Od wielu lat towarzyszy mi w życiu Marek Jaczyński, gitarzysta, amerykanista i uparciuch.
Piszę poezję i prozę, literacką i codzienną. Lubię tradycję prozy jarmarcznej i zimowych opowieści, surowość białego wiersza i soczystość gawędy. Nie lubię kategoryzacji. Tropię przemoc – jawną i ukrytą, w dobrej i złej wierze, bezpośrednią i zadawaną różnymi mniej oczywistymi narzędziami – słowem, czynem, pieniądzem, rytuałem i zaniechaniem. Mam serdecznie wrogi stosunek do władców, generałów, biskupów, magnatów i polskiego systemu edukacji. Ważni są słabsi, odrzuceni i wykorzystywani, to ich historie chcę czytać i o nich piszę. Zwracam uwagę na to, co jest marginesem, odpadem i śmieciem. To, co zalega na pograniczach, ma mieszane lub złe pochodzenie, niewłaściwą płeć lub brzydki wiek. W utworach odwołuję się do przekazów grup wykluczonych (kobiet, dzieci, niewolników, obcych, innych, włóczęgów), do swoich niecnych celów wykorzystuję retelling i intertekstualność (można mylić z interseksualnością), pastisz, realizm magiczny oraz (nic nie znaczący) postmodernizm. Gdy nie piszę, to maluję i ilustruję, projektuję wnętrza i grafikę, fotografuję (również zawodowo), a także redaguję i składam książki. W wolnym czasie, którego nie mam, zajmuję się stolarstwem i upcyklingiem.
I mam jeszcze złotą odznakę LOK za wyniki strzeleckie. Może się przydać, gdy będę się tłumaczyć, że pomyliłam dzika z faszystą albo myśliwego z dzikiem.
czaszka bez śladu guzowatości potylicznej zdziwione
spojrzenie oczodołów miednica ze skostniałym spojeniem
zużycie dysków międzykręgowych wyrostków główki
stawów podają ile mam lat co mi zrobiono i jak się odżywiam
prognatyzm świadczy o białej rasie śmierć niczego nie zrównuje
i nie wybacza
nie mogę być szkieletem każdego
bez kobiecych śladów ani męskiego naddatku
szczęśliwie korzenie przyjmą wszystko
nie tylko w środku
i przekleństwem tego kraju
cykl grafik
Dziecko wojny i dziecko głodu. Królewicz i Kopciuszek, którzy w dorosłości zamienili się rolami. Mieli swoje dzieci, w tym mnie. Gdy się rodziłam, już czekały na mnie żarłoczne lęki przeszłych pokoleń i oczekiwania przyszłych. Miałam być uzdolnionym matematycznie synem. Wtedy po raz pierwszy nieodwracalnie rozczarowałam mojego ojca. Matka przyjęła płeć z dobrodziejstwem inwentarza. Wymarzyła sobie, że będę jasnowłosa, mądra, przystosowana i łatwa w obsłudze. Też ją rozczarowałam, ale zdążyłyśmy to sobie wyjaśnić.
Kowalska rodzina z domieszką popiołu. Dwóch synów (nie licząc ostatniego zmarłego w niemowlęctwie), trzy córki. Poza pierworodnym z przywilejami, reszta uciekła z domu, byle jak najdalej od oprawcy z żelazem w ręku. Każdą z córek wyposażono w maszynę do szycia. I niechcący zrobiła się tradycja. Ja też dostałam maszynę do szycia, choć talent miałam nie do igły, a do młotka. Młodszy syn nosił w sobie wszystko to, czego do dziś szukam (i czasem znajduję) w mężczyznach. Był moim dziadkiem.
Zojka, przedostatnia córka kowala, która całe życie marzyła o szkole. Ale stary nie dawał jej na buty, żeby mogła do tej szkoły dojść jesienią i zimą. Umysł – brzytwa. Cudowne poczucie humoru. I piękne, czarne oczy, jak oni wszyscy. To po tej zmieszanej, cygańskiej krwi. Od tamtej pory pilnujemy, żeby skończyć studia. Bez znaczenia, jakie. Robimy to na złość staremu, niech się w grobie przewraca.
Udręczone, ubogie. Od unicestwienia dzielił ich poród, przemoc domowa, choroby, bieda i bycie ostatnią w kolejce (po pomoc, do jedzenia, do leczenia). Harowały dwa razy tyle, co mężczyźni, wykonując przymusowe lub żałośnie płatne prace, rodząc i wychowując dzieci, by życie mężczyzn toczyło się gładko i wygodnie. Wszystkie były wyjątkowe. Konsekwentne. A także odważne i szalone. Nawet te, którym odebrano nadzieję.
Kilka razy wracałam z popiołów. Inni nie wrócili. Walczę do końca. Bardziej z przerażenia niż odwagi. Ale nie ślepo. Zawsze jest szansa, że się dogadamy.
Narodziny to wojna. Rodząc, walczę o życie, swoje i bezbronnego istnienia. Większość z nas ma PTSD nazywane przez nierodzących mężczyzn histerią. Doświadczamy bliskości śmierci – dyszy nam w kark, wyciąga ręce po maleństwo. Nie potrzebujemy do tego wojny, codziennej agresji ani brawury. Kto nie rodził, nie wie nic. Kto rodził, wie, czym jest gwałt, wojna i nieodwracalność. A potem miłość przychodzi albo i nie.
Polacy nienawidzą drzew i dzikich zwierząt. Wyrzynają do pnia, do ostatniego, do gołej ziemi. A po wszystkim sadzą wokół domów cmentarne tuje wiekuiście zielone, w których nie chcą chronić się nawet wróble. Złotorogi jest strażnikiem natury i symbolem jej odradzania się. Pośredniczy między światami żywych, nieumarłych i martwych. Zwiastuje narodziny, śmierć, zmianę pory roku. Rany zadane jemu i naturze przez człowieka powodują zakwitanie czerwonego wieńca kwiatów z jego krwi. Chroni się w świętych gajach. Jest nieśmiertelny i odradza się z popiołu, Po złotorogim zostały powidoki opowieści – że prowadził w las, zwodził na manowce wiódł do skarbu lub leśnych bohyni. Że był cudem, a kto go ujrzał i wrócił, miał szczęście. Złote rogi mają właściwości uzdrawiające. Nie wiem, czy komuś udało się ich dotknąć. Kto rani złotorogiego, narusza równowagę między światami i sprowadza na siebie nieszczęście.
Wilk przeraża. Strach to jego atrybut jako strażnika granicy, przewodnika dusz i pomocnika leśnych bóstw. Bywa równocześnie opiekunem przed dzikimi i groźnymi siłami. Jako stworzenie liminalne – stoi „na progu” między dziką naturą a światem ludzi. Działa w czasie przejściowym, kiedy jesteśmy bezbronni – o zmierzchu, w noce przesileń. Wilki w mojej rodzinie poszły na łatwiznę, olały powinności, stały się jedynie okrutnymi drapieżnikami.
Ale wilk może być też przewodnikiem błądzących. „widzieć to, czego ludzie nie widzą”. Czasem wiedzie człowieka w głąb lasu – do miejsca, gdzie ma dojść do próby lub odmiany losu. Wtedy może pomagać tym, którzy zasłużą się odwagą. Raz na pokolenie rodzi się w naszej rodzinie wilk-przewodnik lub wilczyca-przewodniczka.
Woda stojąca lub głęboka symbolizowała zaświaty, miejsce, gdzie zaczyna się inne życie. Ryba była posłańcem z tamtej strony, istotą, którą można zobaczyć, lecz trudno pojąć. Ryby słodkowodne często łączono z czystością (np. woda źródlana i strumień „niosący rybki”), odnową i płodnością, i (znów) z obiegiem życia w naturze. wierzono, że dusze tragicznie zmarłych lub topielców mogą przyjmować postać ryb, zwłaszcza tych małych, przemykających przy tafli. Gdy śpiewasz nad rzeką podczas Zaduszek, ryby wsłuchują się, i przekazują pieśń zmarłym. Same niosą też pamięć i wspomnienia przodków. Wodniki, rusałki, boginki oraz bóstwa wód (np. serbska Vodenica, polski Topielec, ruski Wodianoj) często pojawiają się w towarzystwie ryb. Ryba ma „patrzeć okiem”, obserwować naruszenia tabu. Jest zwiastunem obecności istot wodnych. Nagły wyskok ryb z wody był sygnałem, że bóg/wodny duch jest blisko Jeśli jednak ryby znikają, to zła siła wodna czai się w głębinach. Cóż, ryby definitywnie znikają. Mamy przejebane.
Kobieta, która pozwala sobie na tradycyjnie „męskie” cechy (wąs jako symbol transgresji), burzy dotychczasowy porządek, bezpieczny i wygodny dla mężczyzn, to skandal. Zagrożenie dla „naturalnej” hierarchii płci. Przyzwyczajeni do dominacji, postrzegają żeńską niezależność jako utratę własnej pozycji. Im bardziej kobieta przekracza granice płci, tym bardziej mężczyzna musi zmierzyć się z kwestią, co właściwie definiuje jego męskość. Bóbr – kobieta owłosiona narusza system, w którym jej ciało miało być kontrolowane, ujarzmiane i regulowane. Włosy łonowe w kulturach patriarchalnych kojarzą się z dzikością, a dzika, autonomiczna seksualność kobiety bywa demonizowana. Gładkie ciało jest kulturowo infantylizowane; „bóbr” symbolizuje dorosłość i odmowę grania roli „wiecznej dziewczynki”. Kot – zerwanie z kultem macierzyństwa – kobieta, która wybiera komfort i autonomię (kota zamiast macierzyńskiego poświęcenia,) podważa centralny mit kobiecości – obowiązek służenia ciągłości rodu. Brak dzieci czyni ją niepodległą wobec presji społecznej i ekonomicznej. Ta samowystarczalność odbiera mężczyźnie kulturowo przypisaną funkcję „niezbędności”, w zamian dając pretekst do lęku i frustracji. Szkoda. Byłyby szanse na uczciwe relacje i fajną, pełną przygód koegzystencję.
Ponoć kobieca seksualność ma „siłę niszczącą”. Chciałabym, żeby tak było. Zdusiłybyśmy wojny w zarodku, zniszczyły religie, nie byłoby przemocy domowej. Archetyp karmiony jest lękiem przed kobiecą sprawczością w sferze erotycznej, gdzie mężczyzna traci kontrolę. Zielona, spokojna, ale niebezpieczna. Siedzi nieruchomo, czeka, obserwuje. Ma dostęp do potęgi (fizycznej lub psychicznej), która jest niedostępna dla mężczyzn. U większości kobiet budzi podziw, u części mężczyzn – dyskomfort związany z odwróceniem ról i utratą dominacji. Na deser kobieta-modliszka pożera partnera → metafora męskiego lęku przed emocjonalnym, finansowym lub seksualnym „unicestwieniem”. Przed byciem porzuconym, zbędnym, wykorzystanym (jak Kuba bogu, tak kobieta Kubie). A kolor skóry i rozkosz konkurenta to wisienka na torcie.
Kościół to zamknięty system kastowy, w którym dostęp do władzy i stanowienia norm mają wyłącznie mężczyźni – kapłaństwo, biskupstwo, decyzje doktrynalne i pastoralne są płciowo (ale już nie płciową orientacją) zmonopolizowane. Do tego dochodzą homospołeczne sieci lojalności (nieformalna ochrona „swoich”), tabu wobec kobiet jako „zagrożenia dla męskiej wspólnoty”. Do tego dochodzą fiksacje seksualne: „demon objawia się przez ciało kobiety” „kobiece ciało to źródło pokusy”, „niewiasty są słabsze moralnie” (żyzny grunt do obwiniania ofiar i rozgrzeszania sprawców). Kobiety powinny (w ich wyobrażeniach) pozostać na wieki wieków, aż do śmierci, w roli istot (nie w pełni ludzkich) podporządkowanych, zależnych finansowo lub emocjonalnie od swoich panów. Samoświadoma kobieta kwestionuje naturalność tej dominacji i tym samym uderza w porządek, który Kościół uznaje za bosko ustanowiony: niepokorna vs posłuszna, samostanowiąca vs oddana rodzinie lub mężczyźnie, krytyczna vs pobożna, sprawcza vs służebna. Człowiek, czyli kobieta, nie potrzebuje pośrednictwa, autorytetu i definicji. Ma w poważaniu poświęcenie, wymuszone macierzyństwo i pokorę. W takiej rzeczywistości pozycja kościoła i hierarchia wynikająca z posiadania i długości penisów przestaje być oczywista. Wyszłam z kościoła, trzaskając drzwiami, w wieku 16 lat. Według ich norm, zdechnę jak pies i zostanę pogrzebana pod płotem.
Świat należy do was. Wróciły stare dobre czasy, ziemia jest wam poddana. Bez emocji i komplikacji. Żadnych pytań, żadnych sprzeciwów, żadnych różnic zdań. Tylko czysta hierarchia. Pieniądz to jedyny język, którym warto mówić. Ci, którzy nie mówią płynnie, to idealni statyści w spektaklu darwinizmu społecznego. Nie ma znaczenia, że jest ich 99%. Prestiż to broń biologiczna: im większy, tym wyższa pozycja w plemieniu zwycięzców. Nie trzeba już rozmawiać — wystarczy dodać gazu. Ryk silnika to komunikat. Rozkaz. Monolog zwycięzcy. Rywalizacja jest religią. Każdy dzień to igrzyska; kto zyskał, kto stracił. Nie ma relacji — są ratingi. Większa, cięższa, doskonalsza broń jest częścią ciała. Można trzymać, ładować, prezentować. Liczy się celność i siła ognia. Złoto jest metafizyką. Nie ma nic poza nim. Żadnych rozterek, dwuznaczności. Złoto to konkret. I ważne, że błyszczy. Mięso to liturgia. Każdy posiłek musi udowodnić, że mężczyzna wciąż dominuje nad czymś, nawet jeśli dawno już nie ma nad czym dominować. Najważniejsze, by coś krwawiło, choćby symbolicznie. Drzew nie potrzebujecie. Na co komu ptaki? Resztę rozjedziecie, rozstrzelacie, porazicie prądem, oskórujecie, ugotujecie żywcem, najpierw głodząc dla poprawy smaku. Trup to trofeum. Ktoś traci, ale ty zyskujesz. Im większe zwierzę, tym większa radość z mordowania. Zebry tylko na jezdniach, kangury tylko z kapturami, pumy, krokodyle, konie. Najlepiej mechaniczne, te można batożyć bez konsekwencji, do wytrysku. A wszystko ma w sobie boski pierwiastek. Ropę. Ropa to krew bogów. Pachnie męsko, brudzi męsko, niszczy męsko — czyli idealnie. Napijmy się! Wciągnijmy, dajmy w żyłę! Musk, Bezos, Epstein — trójca manoeschatologii. Uczą, jak wygląda męska władza, kiedy nikt nie patrzy. Panowie świata i ich przywileje do wszystkiego. Nieudacznicy czyszczą wam buty. Są jak smar dla systemu. Służą tym, którzy na to zasłużyli, rodząc się w odpowiednim miejscu, czasie, rodzinie i z penisem. Pracują, klikają, nie pytają, nie śpią. Produkują, obsługują, czyszczą, naprawiają dla cudzej chwały. A seks to lepszy w pornosach, z lalą-androidem, ze sztuczną inteligencją, wiemy, dlaczego. A starych – ze skały. Że nie ma skały? To z wieżowców. Będzie jeszcze bardziej widowiskowo. Żeby być prawdziwym mężczyzną, trzeba wykorzeniać niemęskość od małego, wymazywać grzech pierworodny, że wyszło się z cipy. Stąd brak kobiet. Nikt już nie wyśmiewa napompowanych symboli mocy. Co za ulga.
Światło – skrawek pamięci, który przenika przez wodę. Całe dzieciństwo malowałam podwodne światy. Taka ucieczka bez fizycznej zmiany miejsca. Były bezpieczne. Moje. Stworzone dla mnie i przeze mnie. Dawały ulgę jedynie myślom, nigdy ciału, dlatego z czasem przestałam je tworzyć, zaczęłam trenować walkę. Teraz wracam po tamto dziecko. Robimy coś razem. Już się nie boję. Ono też nie.
Akt odrzucenia rzeczywistości. Myśl i ciało unoszą się pod wodą łagodnie i bez wstrząsów. Pięść nie trafia z morderczą siłą, wrzask nie ogłusza, przerażenie nie oślepia. Pieszczota wody, kołysanie znane z czasów gdy byłam już nie martwa, jeszcze nie żywa – zanurzona w Ewie. Trafiam tam jedynie przez drzwi między snem a jawą. Dla ziemskich istot powierzchnia wody jest twarda jak zwierciadło. Jestem oczekiwana. Przed świtem wrócę na powierzchnię w kropli powietrza.
Jej twórczość to akt składania rozbitych doświadczeń, pamięci i symbolicznych gestów w nowe, nacechowane siłą formy. Kolaże artystki krzyczą — domagają się widzenia, wysłuchania i uznania jej historii. Są walką o własną prawdę, która w końcu znajduje język i przestrzeń, by wybrzmieć. Jest prawdziwa do rdzenia — bez wygładzania, bez prób przypodobania się komukolwiek. Bywa złośliwa, przenikliwa, czasem bezlitosna w swoim komentarzu. Jest jednocześnie sędzią i katem: dla siebie, dla świata, dla relacji, które ją ukształtowały. W swoich pracach nie pozostawia na widzu suchej nitki. Odbiorca zostaje wciągnięty w jej opowieść, zmuszony do konfrontacji z własnymi emocjami, uprzedzeniami i lękami. To sztuka, która nie pozwala przejść obojętnie — dotyka, uwiera, ale przede wszystkim otwiera oczy.